Tunezja 2006

Dzięki swemu bliskiemu położeniu (na północnym skrawku Afryki) oraz otwartości na turystów, Tunezja jest idealnym miejscem gdzie niewielkim wysiłkiem można zasmakować prawdziwej przygody. Nie trzeba było nas długo namawiać do wzięcia udziału w wyprawie do tego pięknego kraju. Założenie, że przez dwa tygodnie musimy być całkowicie samowystarczalni wymagało solidnych przygotowań - zajęło nam to dwa miesiące. Czy było warto? Obejrzyj zdjęcia i sam odpowiedz sobie na to pytanie. Zapraszam.
18.03.2006r. Geuna, Włochy. Za nami 1300 km odcinek po europejskich autostradach. Chwila odpoczynku w oczekiwaniu na prom, którym popłyniemy do samego Tunisu. Od tego dnia domem dla naszej siedmio-osobowej załogi będą trzy Land Rovery Discovery.


Przeprowadzka czy wyjazd na wczasy? Dziesiątki aut poustawianych ciasno wzdłuż portowego nabrzeża czekało na przybycie promu.


Oto i on! Jeden z największych promów w Europie - Carthage. Pływające miasto, 2300 pasażerów, ok. 600 aut, to wszystko na 11 poziomach. Więcej na jego temat można zobaczyć na stronie armatora.


Po sprawnej odprawie, zaparkowaniu auta i zakwaterowaniu w kajucie, podziwiamy z najwyższego pokładu panoramę miasta. Kolejka aut czekających na załadunek wydaje się nie mieć końca. Poprzez przeszklony rękaw na pokład dostają się niezmotoryzowani pasażerowie.


Auta wszelkich typów i rozmiarów upychane są jak sardynki w puszce na trzech pokładach. Podczas rejsu trwającego całą dobę dostęp do nich jest niemożliwy. Wszystko co potrzebne należy zabrać ze sobą.


Jakimś cudem udało się wszystkich chętnych upchnąć we wnętrzu promu. Rejs rozpoczynamy z 3 godzinnym opóźnieniem. Dzięki temu możemy obserwować port rozświetlony tysiącami świateł i leżące ponad nim miasto. Czujemy się jak Krzysztof Kolumb, który z tego miejsca wypływał odkrywać nowe lądy.


W Tunisie wylądowaliśmy późnym wieczorem. Po dokonaniu wymiany euro na dinary i zatankowaniu taniej ropy (ok. 1,6 zł) oddaliliśmy się na bezpieczną odległość od siedzib ludzkich w celu znalezienia noclegu. Ostatecznie noc tę (jak i kilka następnych) spędziliśmy w gaju oliwnym. Rankiem nakrył nas gospodarz przejeżdżający tamtędy traktorem. Musiał być mocno zaskoczony, mimo to pomachał nam przyjaźnie i odjechał bez słowa.


Podczas zwiedzania ruin starożytnego rzymskiego miasta Dougga, swoje usługi zaproponował nam samozwańczy przewodnik. Zdecydował się mówić do nas po niemiecku. Zrezygnowaliśmy jednak szybko z jego usług, gdy przyznał się, że będzie nas to kosztowało 40 dinarów (1 din = ok. 2,5 zł).


Miasto w czasach swej świetności liczyło ok. 5 tys. mieszkańców. Znajdował się tam m.in. amfiteatr, świątynie, łuk triumfalny, itp.


Rozłożone było na szczycie wzgórza, poniżej którego rozciągały się niezliczone gaje oliwne. Były one niegdyś podstawowym źródłem bogactwa rzymskich najeźdźców. Obecnie oliwki są głównym towarem eksportowym Tunezji.


W pobliskim miasteczku trafiliśmy na targ. Stragany rozłożone po oby stronach głównej ulicy oferowały świeże owoce i warzywa. Po raz pierwszy mogliśmy wypróbować nasze zdolności negocjacyjne.


Wjeżdżając w pobliski masyw, na krętej górskiej drodze, w pobliżu ujęcia wody spotkaliśmy kobietę prowadzącą dwa młode byczki. Była przyjaźnie nastawiona (jak wszyscy) i chętna do "współpracy". Była to pierwsza i ostatnia kobieta z jaką udało się nawiązać jakikolwiek kontakt. Jadąc dalej na południe widywaliśmy je coraz rzadziej.


Ujęcie wody jest popularnym miejscem spotkań okolicznych mieszkańców. Tym razem znaleźli się tam również egzotyczni goście. Na zdjęciu osiołek i ja (osioł to ten na dole).


Promienie zachodzącego za wzgórzami słońca oświetlają rozległą dolinę pod nami. Kryształowo czyste powietrze pozwalało podziwiać okolicę w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Od tego miejsca poruszaliśmy się płaskowyżem o wysokości ok. 800 m.n.p.m.


Wydawałoby się, że rozległe wzgórza nie są najlepszym miejscem do zamieszkania. Jednak dość często spotykaliśmy niskie, prostokątne domostwa z prowizorycznym obejściem (po lewej, w głębi), stadka kóz prowadzone przez pasterzy czy rzucające się w oczy białe meczety cmentarne otoczone luźno rozrzuconymi bielonymi nagrobkami.


Bogactwo rzeźby terenu zaskakiwało nas na każdym kroku. Zatrzymaliśmy się na krawędzi kanionu wyżłobionego w miękkim podłożu przez rzekę widmo. Obfite opady występują tylko w porze deszczowej tj. w listopadzie i w grudniu.


Niewielki płaski obszar został przez lokalne dzieci zaadoptowany na boisko do piłki nożnej.


Po ulicach miasteczek leżących w głębi kraju spacerują prawie wyłącznie mężczyźni. Pełne są ich targi, place i kawiarnie, gdzie panowie przesiadują całymi godzinami. Palą fajki wodne, grają w domino, piją kawę i dyskutują.


Sklepy i warsztaty są otwarte na klientów, dosłownie i w przenośni. Świeżo dostarczona baranina, wisząca nad chodnikiem zachęca przechodniów do zakupów.


Pokonując dziesiątki kilometrów górskimi drogami wizyta u wulkanizatora była nie do uniknięcia. Na szczęście jest ich pod dostatkiem. Mimo skromnego wyposażenia usługa zawsze wykonywana była sprawnie i szybko. A i ceny były do przyjęcia.


Mijając kolejne masywy górskie wytrwale podążamy na południe w kierunku dających wytchnienie oaz, a dalej głównej atrakcji naszej wycieczki - Sahary.


Z radością powitaliśmy egzotyczny dla nas widok palm daktylowych.


Szpaler palm osłania wąską drogę w pierwszej napotkanej oazie - Mides. Obecnie jest atrakcją turystyczną lecz kiedyś była miejscem odpoczynku dla karawan ciągnących z pustyni.


Za kilkanaście dinarów miejscowy hodowca palm pozwolił nam przenocować na swojej plantacji. Głównym jej atutem był betonowy zbiornik wody wydobytej z pomocą spalinowych pomp. Przed snem postanowiliśmy jeszcze zdobyć pobliskie wzgórze. Ze szczytu rozciągał się piękny widok na sąsiednią oazę - Tamerza.


Poranne słońce nie pozwalało długo spać. Nigdy wcześniej nie goliłem się w tak egzotycznej scenerii. Dodatkową satysfakcję dawała świadomość, że w tej chwili w Polsce było ok. 0 stopni.


Stwierdziliśmy, że Tunezja jest jak świat w pigułce - jest tu wszystkiego po trochę. Nie trzeba jechać na drugą półkulę, żeby zobaczyć takie kaniony. Może trochę mniejsze, ale równie piękne jak te w Colorado.


Nie moglibyśmy sobie odmówić przyjemności spaceru dnem tego cudu natury.


Można by powiedzieć, jak taka strużka wody wydrążyła taki wąwóz? Lecz nie chciałbym się tam znaleźć w porze deszczowej.


Idealne miejsce dla geologów. Warstwy skał sprzed milionów lat widoczne jak na dłoni.


Skrystalizowany kwarc - wydobywane spod piasku tzw. "Róże pustyni" znaleźć można w bagażu każdego turysty opuszczającego Tunezje.


Wszelkiego rodzaju minerały i świecidełka (wątpliwego pochodzenia) kusiły na każdym kroku. Mariusz stara się uświadomić amerykańskich turystów co do prawdziwej wartości tych skarbów. Temperatury uznawane przez nas za wysokie były inaczej odbierane przez tubylców, o czym świadczy ubiór sprzedawcy.


Jeszcze kilka podjazdów, zjazdów, przełęczy i już niedługo opuszczamy malownicze górskie pasma.


Teren robi się coraz bardziej płaski i pustynny.


Od teraz ciężko będzie znaleźć cień nad głową. Z ekscytacją witamy ostrzeżenie dla kierowców przed wałęsającymi się dromaderami.


Nie musieliśmy długo czekać, aby się na nie natknąć. Zaskoczyło nas z jakim spokojem i powagą te piękne zwierzęta spacerują po drodze. Bezkresne pastwiska kusiły je wątłą roślinnością.


Ominąwszy otoczone plantacjami palmowymi miasto Tozeur znaleźliśmy się na Wielkim Szocie (Chott El Jerid). Bezkresne, płaskie jak stół dno słonego jeziora budzi zachwyt i grozę. Na szczęście pokaźny zapas wody i paliwa zgromadzony w aucie dawał poczucie bezpieczeństwa.


Artystyczne piruety w tej wypalonej słońcem krainie? Tuż pod cienką, słoną skorupką znajdowała się warstwa lekko wilgotnego mułu, która powodowała, że auto ślizgało się jak na lodzie. Nie muszę chyba dodawać jaką stanowiło to frajdę dla kierującego, szczególnie autem z napędem na cztery koła.


Gdzieś w głębi Wielkiego Szotu naszą uwagę przykuła dziwna, samotna kopułka. Schron to czy sklep? Zagadka wyjaśniła się, gdy podjechaliśmy bliżej. Miłośnicy Gwiezdnych Wojen szybko zorientują się, że to dom rodzinny Luka Skywalker'a. W Tunezji jest 12 miejsc, w których Lucas kręcił zdjęcia do swojego filmu.


Po wielu godzinach jazdy po odludziach ślady obecności podobnych nam podróżników sprawiały dużo radości. Wśród naklejek pozostawionych przez grupy z różnych krajów znaleźliśmy też polskie akcenty. Mariusz nie omieszkał uwiecznić naszej tam obecności stosowną naklejką.


Ledwo dostrzegalne wśród piasków drogi czasami krzyżowały się z innymi. Drogowskaz wskazał nam kierunek do Douz, popularnej miejscowości turystycznej leżącej na skraju Sahary. Po kilkunastu kilometrach od tego miejsca, opuściwszy definitywnie obszar Wielkiego Szotu znaleźliśmy ujęcie wody oraz gęstwinę krzewów. Nie mogliśmy sobie wyobrazić lepszego miejsca na biwak.


Zaciszne i odludne miejsce noclegowe zmieniło się o poranku nie do poznania. Nasze skromne obozowisko zostało oblężone przez pokaźną grupę miejscowych. Przeważały wśród nich krzykliwe i namolne dzieciaki. Halinka z trudem uniknęła stratowania, gdy w przyjaznym geście wyciągnęła pęczek reklamowych długopisów. Narastająca z każdą chwilą uciążliwość gości skłoniła nas wreszcie do ewakuowania się z tego uroczego miejsca. Sytuacja ta nauczyła nas dwóch rzeczy, po pierwsze nie należy obdarowywać miejscowych prezentami, po drugie nawet najbardziej odludne miejsce gdzie znajduje się źródło, jest odludne tylko przez chwile.


Cztery dni spędzone w podskakującym po bezdrożach aucie zostały nagrodzone tak oczekiwanym widokiem. Tuż za miasteczkiem El Faouar otworzyła się przed nami bezkresna Sahara!


Widok takiej piaskownicy chyba w każdym wzbudziłby dziecięcą radość. Był piasek, auta i łopatki. Rozpoczęła się zabawa!


Było tak jak śpiewała Beata Kozidrak: "Tylko piach, suchy piach!". Trzeba było się z nim zaprzyjaźnić. On sam pędzony wiatrem bezlitośnie wdzierał się do oczu, nosa i ust.


Ciągła jazda serpentynami (w celu omijania wydm) oraz brak stałego punktu odniesienia powodował, że trudno było utrzymać pożądany kierunek jazdy. Chyba tylko GPS-owi zawdzięczamy, że nie zostaliśmy tam do dziś.
Wielkim zaskoczeniem było dla nas spotkanie z grupką nastolatków wychodzących nam na spotkanie spomiędzy wydm. Byliśmy pełni podziwu dla ludzi żyjących w takim miejscu.


Po kilku godzinach beznadziejnego zmagania z piaszczystym żywiołem wycofaliśmy się w kierunku cywilizacji. Nie ma jak twardy grunt pod nogami (oponami). Resztę dnia spędziliśmy zwiedzając okolicę.


Piękno surowego krajobrazu oraz ogromna przestrzeń sprzyjały zadumie o zachodzie słońca.


Niewiarygodnie długie cienie powstawały dzięki ostatnim promieniom słońca zachodzącego za Wielkim Szotem. Chroniąc się przed wiatrem za autem, Halinka po raz kolejny przygotowuje pyszną kolację. Przed nami noc na styku słonego jeziora i piaszczystej pustyni.


Douz. Ceny części zamiennych w tym "autoryzowanym" punkcie serwisowym były zaskakująco wysokie. Miasteczko znane jest jako punkt początkowy (lub końcowy) wielu szlaków prowadzących w głąb pustyni.


Centrum Douz, targowisko. Panowie oddają się swojej ulubionej czynności, tzn. bezczynności.


Ekwipunek jaki przywieźliśmy ze sobą powodował, że byliśmy całkowicie niezależni, również kulinarnie. Z drugiej strony czy można powiedzieć, że poznało się obcy kraj nie zaznajomiwszy się z jego kuchnią? Wybór padł na potrawę o nazwie Royal Kus-kus. Nietrudno się domyślić, że jego podstawowym składnikiem była kaszka kus-kus, a poza tym gotowane warzywa i baranina. Duże wrażenie zrobił na nas przemiły, szeroko uśmiechnięty kelner, którego nauczyliśmy mówić siedemnaście. Rozbroił nas, gdy dla lepszego zapamiętania zapisał to sobie na serwetce, fonetycznie, za pomocą tych arabskich wężyków.


Nie ma nic lepszego po obfitym posiłku niż ruch na świeżym powietrzu. Z Douz wyruszamy w głąb pustyni. Podobno ktoś wymyślił napęd na cztery koła, żeby auto nie traciło właściwości jezdnych. Na pustyni ta teoria się nie sprawdza. Mariusz regularnie dbał o to, żebyśmy mogli się opalić i żeby łopata nie zardzewiała.


Przemierzając kolejne kilometry piaszczystym szlakiem, co rusz dostrzegaliśmy pasące się wielbłądy. Jedynie spętane przednie nogi świadczyły, że nie są bezpańskie. Mimo, że chciałoby się spędzić z nimi więcej czasu, trzeba było szybko odjeżdżać. Staraliśmy się unikać spotkań z miłymi lecz namolnymi pasterzami. Mimo, że w pierwszej chwili niewidoczni, z pewnością po chwili pojawiliby się "z nikąd", aby wyłudzić papierosy, wodę lub cokolwiek innego.


Picie kawy ma w Tunezji, jak w każdym kraju arabskim długą tradycję. Wiedząc o tym dobrze, zostaliśmy zaskoczeni widokiem kawiarni oddalonej kilkadziesiąt kilometrów od siedzib ludzkich. Nie omieszkaliśmy skorzystać z takiej okazji.


Oryginalny wystrój wnętrza nie pozostawiał wątpliwości, że znajdujemy się na popularnym szlaku turystycznym. Trudno było na ścianach znaleźć miejsce wolne od naklejek i wizytówek pozostawionych przez obieżyświatów z całego świata. Z sufitu niczym suszące się pranie zwisały pamiątkowe koszulki i proporce ozdobione autografami uczestników wypraw. Ażurowa konstrukcja dachu zapewniała jednocześnie cień i ożywczy powiew. Dzięki zainstalowanym na dach kolektorom słonecznym można było zamówić chłodny napój lub gorącą kawę.


Chcieliśmy, aby nasze dotarcie tutaj również pozostało uwiecznione. Wzbogaciliśmy "suszącą się garderobę" o naszą firmową koszulkę. Dla lepszej identyfikacji każdy dopisał swoje imię i miasto, z którego pochodził.


Piasek...


Piasek...


Piasek... Wydłużające się cienie przypominają, że czas rozejrzeć się za noclegiem. Wcześniej podstawowym kryterium wyboru miejsca była bliskość wody i brak ludzi (choć założenie to samo w sobie jest sprzeczne). Tutaj pierwszy warunek był nierealny z definicji, drugi wydawał się możliwy do spełnienia. Po raz kolejny nie doceniliśmy tubylców. Wystarczyło, że zatrzymaliśmy się na kilka minut, aby naradzić się w sprawie noclegu, a zza wydmy jakby nigdy nic wyszło dwóch panów zaciekawionych naszym widokiem. Nie odwzajemniając ich zainteresowania ruszyliśmy dalej pozostawiając za sobą chmurę pyłu.


Po następnych kilkunastu minutach jazdy teren stał się bardziej falisty. Dawało to nadzieję, na znalezienie zacisznej (i bezludnej!) dolinki. Tak też się stało. Korzystając z wolnych chwil, już po zorganizowaniu obozu, Halina sprawdza osobiście właściwości terenowe Land Rovera. W tym momencie los jej forda został przesądzony.


Przysłowiowa jałowość pustyni jest mocno przesadzona. Dostrzegane przez nas różnorakie formy życia (od prymitywnych traw po wielbłądy i ludzi) były dowodem, że mamy mylne pojęcie na jej temat.
Nie trzeba było dużo czasu, aby uzbierać taką ilość wyschniętych pnączy i korzeni, aby zapłonęło ognisko.
Bogactwo form zaskakuje nie tylko pod nogami, ale i nad głową. Obserwacja bezchmurnego nieba kilkadziesiąt kilometrów od najbliższych siedzib ludzkich pozwala zobaczyć znacznie większy kawałek wszechświata.


Pustynia co rusz zmienia swe oblicze. Stada piaszczystych wydm, pędzone wiatrem znikają czasami za horyzontem. Płaski jak stół horyzont jest czymś nowym dla nas - mieszkańców gór (Beskidów i Sudetów).


Wydmy wędrują wytrwale tylko sobie znanym szlakiem. Rozciągają beztrosko swe cielska w poprzek drogi zmuszając nas do ciągłego wdrapywania się na ich grzbiety.


Napotkana przypadkiem terrorystka El Halina nie była wrogo nastawiona.


Różne tempo jazdy i brak wyraźnego szlaku sprawiał, że często traciliśmy z zasięgu wzroku pozostałe auta. Pląsając między wydmami łatwo stracić orientację. Jedynie precyzyjne odczytywanie wskazań GPS-u i nawoływania przez CB-radio pozwalały nam się z powrotem odnaleźć. Każde takie spotkanie było okazją do wymiany wrażeń.


Długo nie udawało nam się zrozumieć natury piaskowych wydm. Są nieobliczalne i zdradliwe. Czasami zbite, ułatwiały jazdę, innym razem rozstępowały się pod kołami zmuszając nas do interwencji z łopatą w ręku.


Nieudana próba przeskoczenia z jednej wydmy na drugą. Tylna oś zawisła pozbawiona podparcia.


Jedynym ratunkiem było solidne szarpnięcie za pomocą "kinetyka".


Szlak, którym się poruszaliśmy, z Douz do Ksar Ghilene jest dość popularny wśród turystów. Świadczyły o tym świeże ślady pozostawione przez przejeżdżające wcześniej auta.


Chwila spokojnej jazdy. Odcinki pozbawione wydm były wytchnieniem zarówno dla aut jak i dla kierowców.


Oaza Ksar Ghilene. Perła otoczona dziesiątkami kilometrów pustyni. Cień drzew i ciepła woda są prawdziwą nagrodą za trudy podróży. Woda o temperaturze ok. 30 st. zachęcała do długich kąpieli, również nocą. Oczko wodne jest jednocześnie źródłem, z którego za pomocą systemu kanałów woda rozprowadzana jest po całej oazie.


Komfortowe warunki biwakowania skłoniły nas do dłuższego pobytu w tym miejscu.


W oazie znajduje się kilka kampingów. Jeden z nich wyposażony został nawet w basen. My woleliśmy jednak mniej "komercyjne" oczko wodne.


Turyści dowożeni tu z hoteli leżących na wybrzeżu mają okazję zaznać bliższego kontaktu z naturą nocując w takich klimatyzowanych namiotach.


Tymczasem tuż obok, za osłoną z drzew kłębiły się fale wzburzonego morza (piasku).


Każdego ranka na piasku można zobaczyć plątaninę tajemniczych śladów. Ich autorami są małe czarne żuczki (skarabeusze) biegające chaotycznie tam i z powrotem.


Poranna narada przy śniadaniu. W tym miejscu oddzielamy się od reszty wyprawy. Osiągnęliśmy półmetek trasy i pora ruszyć na północ w kierunku Tunisu. Pozostali dysponując jeszcze dwoma tygodniami mogą sobie pozwolić na dalszą jazdę na południe - w głąb pustyni.


Jasna nitka drogi, jakby narysowana od linijki ciągnie się od horyzontu po horyzont. Tak przez kilkadziesiąt kilometrów. Nie mogliśmy odmówić sobie przyjemności pokonania choć fragmentu tej drogi pieszo. Całkowity bezruch, cisza i przygniatająca swym ogromem pusta przestrzeń wokół robią niesamowite wrażenie.


Tuż za górami widocznymi na horyzoncie, według mapy miały się znajdować pierwsze ludzkie osady. Wydawało się, że już za chwilę tam będziemy...


Droga mająca przeprowadzić nas przez masyw nagle urywa się na krawędzi przepaści. Jej dalszy ciąg widnieje w oddali przypominając jasną rysę.


Kilka godzin minęło zanim znaleźliśmy się po drugiej stronie gór. Poszukiwanie właściwej drogi w tym księżycowym krajobrazie umilały nam przepiękne widoki. Widoczne na zdjęciu szczyty oddzielały nas od wioski Guermessa. Same szczyty też okazały się osobliwe. Naszpikowane są wydrążonymi w skale domostwami, stanowiąc warowną starożytną wioskę.


Minąwszy Guermesse, wspinamy się krętą drogą w górę, aby przyjrzeć się ksarom, bo tak nazywane są podziemne domostwa.


Ksary były spichlerzami, w których mieszkańcy przechowywali płody rolne. W razie potrzeby były również schronieniem przed atakującymi wrogimi plemionami. Spełniały wiele funkcji: był wśród nich meczet, tłocznia oliwy, stajenki dla kóz i osłów oraz pomieszczenia mieszkalne.


W drodze do następnych ksarów w okolicach wioski Chenini.


Gdzieś pomiędzy kamienistymi szczytami natknęliśmy się na budowlę wyglądającą jakby była ulepiona z plasteliny. Był to stary, nieczynny meczet otoczony małym cmentarzem i murem obronnym. Mężczyźni będący w środku zobaczywszy nas od razu zaczęli serdecznie zapraszać do środka. Byliśmy tym kompletnie zaskoczeni znając stosunek muzułmanów do "niewiernych".


Kolejnym zaskoczeniem był angielsko-języczny przewodnik, który za opłatą "co łaska" oprowadził nas po wnętrzu meczetu. Pokazał nam miejsca modłów oraz zamurowaną niszę skalną, w której od siedmiuset lat spoczywają ciała mnichów. Mimo miłego przyjęcia, nasza obecność w tym miejscu, a szczególnie "niewiernej" kobiety "niestosownie" ubranej, wydawała mi się pewną profanacją.


Nie lada atrakcją dla nas była możliwość obejrzenia okolicy ze szczytu minaretu. Aby się tam dostać trzeba było pokonać, prawie czołgając się, ciasną, krętą klatkę schodową. Zapewniam, że wieża minaretu była przekrzywiona już wcześniej, przed naszym wejściem.


Minąwszy Tataouine, kierując się w stronę wybrzeża wkraczamy w coraz bardziej cywilizowane regiony. Jadąc groblą usypaną w poprzek słonego jeziora, z zaskoczeniem stwierdziliśmy, że GSP wskazuje w tym miejscu blisko dwa metry poniżej poziomu morza. Znaleźliśmy się w depresji. Ale cóż, po tylu dniach spędzonych w samochodzie, każdemu mogło się zdarzyć.


Z jakiego materiału "usypana" jest plaża wokół słonego jeziora? Oczywiście, że z soli! Sprawdziliśmy to organoleptycznie. Nie zrobiliśmy zapasów, europejskie solniczki nie są przystosowane do soli gruboziarnistej.


Z morzem spotkaliśmy się w miejscowości Zarzis późnym wieczorem. Opóźniła nas wizyta w warsztacie mechanicznym gdzie wraz z miejscowymi fachowcami szukaliśmy przyczyny metalicznych zgrzytów dochodzących z tylnego koła. Wysłuchawszy (kompletnie niezrozumiałej) opinii mechanika postanowiliśmy jechać dalej. Z trudem znaleźliśmy w miarę zaciszne miejsce na nocleg - po raz kolejny w gaju oliwnym. Nie była to noc spokojna z powodu obszczekujących nas psów. Na plaży o poranku spotkaliśmy mężczyznę, który właśnie złowił coś smacznego na śniadanie.


Szeroka, odludna plaża była dobrym miejscem na sporządzenia śniadania i zrobienie gruntownych porządków w aucie. Skupieni na swoich zajęciach nie zauważyliśmy jak z cicha podeszło nas morze unoszone przypływem.


Sprzęt do nurkowania mimo, że zabierał sporo cennego miejsca przejechał z nami szczęśliwie tysiące kilometrów. Grzechem byłoby go nie użyć w takich okolicznościach. Swój debiut w nurkowaniu nie mogę uznać za udany. Szybko znudziło mi się leżenie na brzuchu w wodzie do kolan i rozpaczliwe łapanie oddechu przez cienką rurkę.


Spacer wzdłuż plaży był znacznie bezpieczniejszym i mniej stresującym zajęciem. Jego efektem była uzbierana spora ilość muszli wszelkiego kształtu i koloru, pozostawionych tu przez morze podczas odpływu. Leżąc na kominku obok "róży pustyni" będą świetną pamiątką z wizyty w Tunezji.


Posuwając się wybrzeżem na północ, znaleźliśmy się na znanej turystom "hotelowo-plażowym" wyspie Dżerba. Jej największą osobliwością jest położona w samym jej środku synagoga Ghirba. Jedna z ważniejszych świątyń judaizmu. Korzenie tutejszej społeczności żydowskiej sięgają prawie dwóch tysięcy lat. Teren wokół strzeżony jest przez licznych agentów i doglądany z wież obserwacyjnych. Wejście możliwe jest tylko przez bramki do wykrywania metalu.
Co ciekawe, po zadeklarowaniu, że jesteśmy z Polski, zostaliśmy przez strażników potraktowani ulgowo.


Mężczyźni przy wejściu zaopatrywani są jarmułki, kobiety w chustki do przykrycia ramion. Ze względu na zainteresowania wizyta w tym miejscu była dla mnie wielkim przeżyciem. Długo wsłuchiwaliśmy się w świątobliwą ciszę starając się nie zakłócać spokoju rabinów wytrwale studiujących Torę.


Chcąc opuścić wyspę należy przeprawić się takim oto promem. Mając za sobą przeprawę przez Morze Śródziemne, rejs ten nie zrobił na nas żadnego wrażenia.


Koniec dnia zastał nas w okolicy miasta Medenine. Przed zmrokiem zdążyliśmy jeszcze dojechać do Metameur, gdzie spodziewaliśmy się znaleźć ksary. Szczyt wzgórza pokryty jest starożytnymi, blisko 600-letnimi spichlerzami. Okazało się, że niektóre z nich utrzymane w lepszym stanie, wyposażone są w łóżka stanowiąc pokoje gościnne. Niestety mimo długich negocjacji strażnik bez wyraźnej przyczyny nie pozwolił nam z nich skorzystać. Co więcej nie pozwolił nawet rozbić namiotu na tym osobliwym dziedzińcu. Na szczęście zawsze można liczyć na gościnność gajów oliwnych.


Kolejny dzień, kolejna porcja niezapomnianych widoków. Wjeżdżamy w góry kierując się do Matmaty.


Z wijącej się serpentynami drogi obserwujemy pagórki obnażające swą geologiczną przeszłość. Widoczne jak na dłoni warstwy skał są dla naukowców badających historię tych terenów jak otwarta księga.


Przyklejona do skalistego zbocza Wioska Toujene. Jej mieszkańcy oferują turystom piękne, ręcznie tkane dywany z owczej i wielbłądziej wełny.


Osobliwością Matmaty są domy troglodytów liczące sobie setki lat. Podziemne domostwa wydrążone są w miękkiej skale. Składają się z okrągłych dziedzińców i odchodzących od nich promieniście pomieszczeń mieszkalnych. Niektóre z nich, zniszczone przez korozję przypominają zagłębienia w gruncie, wiele natomiast zamieszkałych jest do dziś.


Kilka z nich zamienionych jest na hotele lub restauracje. Żałowaliśmy, że nie dotarliśmy tu wieczorem. Z pewnością wynajęlibyśmy taki podziemny apartament, tym bardziej, że cena była niewygórowana.


Podziemny hotel Sidi Dris jest obowiązkowym przystankiem na trasie każdego wielbiciela Gwiezdnych Wojen.


Wiele scen sagi kręconych było w jego dzisiejszym barze. To nietypowe miejsce, udekorowane pozostałościami filmowych dekoracji, miało autentycznie nieziemski charakter. Trudno o lepszą reklamę, nie odmówiliśmy sobie przyjemności wypicia tu kawy.


Jakby dla podkreślenia autentyczności tego miejsca, na ścianach wiszą artykuły i fotosy filmowe.


Zanim opuściliśmy krainę troglodytów, postanowiliśmy na chwilę wcielić się w ich rolę. Przekonaliśmy się, że miękki materiał pozwala się łatwo drążyć. Szkoda, że nasz klimat nie pozwala na takie proste rozwiązanie problemu mieszkaniowego.


Podążając wytrwale na północ natknęliśmy się na wytwory ludzi zamieszkujących te tereny współcześnie. Mimo swego rozmachu i zaawansowania nie zrobiły one na nas takiego wrażenia jak te wcześniejsze, prymitywne.


Zachęceni przez przewodnik odwiedziliśmy miasto El Hamma. Skusiły nas mające się tam znajdować gorące źródła pamiętające rzymską okupację. Okazało się, że źródła są, ale w postaci publicznej łaźni, z usług której postanowiliśmy skorzystać. Obsługa męskiej części, wietrząc łatwy zarobek udostępniła mi i Mariuszowi za klika dinarów taki oto gorący basen. Temperatura wody i wysoka wilgotność powietrza pozwoliła nam tylko na kilkanaście minut kąpieli. Halinie, w damskiej części łaźni, udało się odbyć kąpiel w otoczeniu dziesiątek arabskich kobiet. Zazdrościliśmy jej.


Zakąska dla zabicia czasu w oczekiwaniu na załatanie opony w zakładzie wulkanizatora.


W środkowej i północnej części kraju dominują gaje oliwne. Drzewka stoją w równych rzędach na wypielęgnowanych polach ciągnących się kilometrami. Suchy, ciepły klimat bardzo sprzyja tym roślinom. Nadmierna ilość opadów powoduje, że nie rodzą owoców.


Sfax. Jedno z większych miast Tunezji. Naszą uwagę przykuły okazałe mury obronne kryjące ze sobą medynę. W starożytnych miastach była to dzielnica skupiająca wszystkich rzemieślników i handlarzy. Do dziś są tam dziesiątki warsztatów rzemieślniczych stłoczonych w ciasnych uliczkach i bazar, na którym można znaleźć dosłownie wszystko.


Warsztaty produkcyjne i punkty usługowe, składy, kramy i sklepiki... wszystko tętni życiem tak samo jak kilkaset lat temu.


Feria barw i zapachów! Od tego wszystkiego można było dostać zawrotów głowy.


Panowie z zapałem wyczarowują ręcznie różne drewniane akcesoria. Szczęśliwi, nie zdają sobie sprawy, że już niedługo staną się niepotrzebni za sprawą marketów wypełnionych wyrobami Made in China.


Były one zresztą bliżej niż nam się wydawało. Tuż obok, na sąsiedniej uliczce z obuwiem, na następnej z odzieżą, z kosmetykami, itd.


Przemierzając Tunezję głównymi drogami nie raz widywaliśmy takie osobliwe punkty gastronomiczne. Są potwierdzeniem silnej wśród tunezyjczyków tradycji spożywania baraniny - w tym wypadku świeżej baraniny prosto z grilla. Żal było tylko tych nieświadomych niczego owieczek, oczekujących cierpliwie na zjedzenie w towarzystwie na wpół "oskalpowanych" koleżanek.


Oliwki, a właściwie olej z nich wytłaczany, eksportowany stąd do całego cesarstwa rzymskiego był źródłem bogactwa stacjonujących tu rzymian. O ich potędze świadczy amfiteatr na 30 tys. ludzi w mieście El Jem - trzeci co do wielkości w całym cesarstwie. O ilości odwiedzających to miejsce polskich wycieczek świadczą natomiast kierowane w naszą stronę okrzyki sprzedawców pamiątek, typu: dziendobry, herbata, zimne piwo, żywiec, itd.


Na szczególne uznanie zasługiwał kramarz powtarzający nieudolnie: "dobra, dobra, zupa z bobra". Amfiteatr obecnie oprócz maszynki do robienia pieniędzy (bilet 6 dinarów) pełni funkcję sali koncertowej. Można powiedzieć, że wciąż spełnia rolę jaką zaplanowali jego budowniczowie.


Jeśli ktoś widział krzyżacki zamek w Malborku to tu widzi jego tunezyjski odpowiednik. Ribat - czyli muzułmański klasztor obronny mający bronić wybrzeża przed... chrześcijanami.


Nie wyobrażam sobie jak można myśleć o wojaczce mając przed sobą taki obrazek? Widok z wieży obserwacyjnej Ribatu.


Patrząc w drugą stronę widać panoramę miasta Monastir, cmentarz komunalny (na pierwszym planie) oraz mauzoleum Habiba Burgiby (po środku).


Meczet im. Habiba Burgiby.


Jak bardzo Burbiba musiał być zasłużony dla miasta jeżeli wybudowano dla niego i jego rodziny takie mauzoleum? Podpowiem tylko, że był on wieloletnim prezydentem Tunezji. Odpowiedź na powyższe pytanie jest banalna - sam sobie wybudował.


Na dwa dni przed końcem wyprawy nasz "pęd poznawczy" osłabł już na tyle, że pozwoliliśmy sobie na chwilę lenistwa. Mariusz oddawał się pasji nurkowania i fotografowania, a my po raz pierwszy opalaliśmy się "czynnie", tzn. leżąc płasko na plaży (nad głową chłopca po lewej).


Pokonawszy ponad 2000 kilometrów po przeróżnych nawierzchniach nasz dzielny Land Rover był w wyjątkowo dobrej formie. Jeden defekt w postaci urwanego tylnego amortyzatora należy przypisać raczej zbyt dużemu obciążeniu auta i ułańskiej fantazji kierowcy podczas pokonywania wydm na Saharze. Mając na uwadze, że przed nami jeszcze ponad tysiąc kilometrów drogi powrotnej, postanowiliśmy rozwiązać sprawę tajemniczych metalicznych odgłosów dochodzących z koła. Jeden z warsztatów w mieście Sousse wydał nam się na tyle wiarygodny, że zostawiliśmy w nim auto. Fachowcy stwierdziwszy uszkodzone łożysko przystąpili do wymiany. Po kilku godzinach oczekiwania, lżejsi o ponad 100 euro, za to pełni optymizmu ruszyliśmy w dalszą drogę na północ.


Kiedyś ten moment musiał nadejść. Na horyzoncie pojawił się kres naszej podróży. Objawił się w postaci Tunisu rozłożonego po drugiej stronie zatoki. Jeszcze tylko jeden nocleg i do domu... Ale tego dnia czekała na nas jeszcze jedna atrakcja!


Wioska Korbous położona na stromym zboczu opadającym wprost do morza słynie z gorących, leczniczych źródeł. Wokół wielu z nich powstały sanatoria, ale jedno z nich pozostało ogólnodostępne. Wysoko zmineralizowana woda o temperaturze ok. 70 °C spływa po skałach wprost do morza. Kąpiel w tym miejscu dostarczała niezwykłych doznań. Oblewała nas jednocześnie woda zimna (morska) i gorąca (źródlana). Mimo to wytrwaliśmy obserwując z poziomu morza jak słońce chowa się gdzieś za Tunisem.


Ostatnia noc pod afrykańskim niebem. Nie była już tak czarna jak te na pustyni, a niebo zamiast gwiazd rozświetlały światła Tunisu. Przycupnęliśmy z naszym obozowiskiem na półce skalnej z widokiem na morze.


Pamiątkowe zdjęcie całej załogi. Już spakowani, wyruszamy za chwilę do Tunisu, aby tam odnaleźć port promowy, z którego za kilka godzin odpłyniemy do Genui.


Nie było to łatwe, ale znaleźliśmy port. Zjeżdżając z promu byliśmy zbyt podekscytowani, żeby zanotować namiary tego miejsca. Po odprawie celnej i paszportowej dobrowolnie daliśmy się połknąć temu stalowemu potworowi.


Wydaję mi się, że po 14 dniach niewygód mieliśmy prawo na jakiś czas zamienić się w turystów "hotelowo-plażowych"? Nasza przemiana nie trwała długo, po wypłynięciu w morze zimny wiatr zgonił plażowiczów pod pokład. Tak sobie myślę: leżaki, basen, zimne napoje... to przyjemne... ale tylko na chwilę.


Jak przystało na okazały prom, pozostawiał po sobie równie okazały kilwater. To dobrze. Dzięki niemu łatwiej będzie tu wrócić. Po tym co zobaczyliśmy i przeżyliśmy dla każdego z nas było to oczywiste.


Skąd ja znam ten widok? To chyba deja'vu? Genua, port, kolejka do promu... A może by tak przeskoczyć do zdjęcia nr 5 i zacząć wszystko od nowa? ;) .

Newsletter

Chcesz być na bierząco z nowościami na stronie? Chcesz wiedzieć jakie wyprawy szykujemy dla Was? ... wystarczy wpisać swojego e-maila poniżej.
Email:


Galerie

zobacz galerię zobacz galerię zobacz galerię zobacz galerię zobacz galerię zobacz galerię zobacz galerię





   



Partnerzy:
podroze4x4.pl copyrights Wszelkie prawa zastrzezone                     Strona kojarzona ze słowami: podroze4x4.pl