Tunezja 2006

Dzięki swemu bliskiemu położeniu (na północnym skrawku Afryki) oraz otwarto¶ci na turystów, Tunezja jest idealnym miejscem gdzie niewielkim wysiłkiem można zasmakować prawdziwej przygody. Nie trzeba było nas długo namawiać do wzięcia udziału w wyprawie do tego pięknego kraju. Założenie, że przez dwa tygodnie musimy być całkowicie samowystarczalni wymagało solidnych przygotowań - zajęło nam to dwa miesi±ce. Czy było warto? Obejrzyj zdjęcia i sam odpowiedz sobie na to pytanie. Zapraszam.

18.03.2006r. Geuna, Włochy. Za nami 1300 km odcinek po europejskich autostradach. Chwila odpoczynku w oczekiwaniu na prom, którym popłyniemy do samego Tunisu. Od tego dnia domem dla naszej siedmio-osobowej załogi będ± trzy Land Rovery Discovery.

Przeprowadzka czy wyjazd na wczasy? Dziesi±tki aut poustawianych ciasno wzdłuż portowego nabrzeża czekało na przybycie promu.

Oto i on! Jeden z największych promów w Europie - Carthage. Pływaj±ce miasto, 2300 pasażerów, ok. 600 aut, to wszystko na 11 poziomach. Więcej na jego temat można zobaczyć na
stronie armatora.

Po sprawnej odprawie, zaparkowaniu auta i zakwaterowaniu w kajucie, podziwiamy z najwyższego pokładu panoramę miasta. Kolejka aut czekaj±cych na załadunek wydaje się nie mieć końca. Poprzez przeszklony rękaw na pokład dostaj± się niezmotoryzowani pasażerowie.

Auta wszelkich typów i rozmiarów upychane s± jak sardynki w puszce na trzech pokładach. Podczas rejsu trwaj±cego cał± dobę dostęp do nich jest niemożliwy. Wszystko co potrzebne należy zabrać ze sob±.

Jakim¶ cudem udało się wszystkich chętnych upchn±ć we wnętrzu promu. Rejs rozpoczynamy z 3 godzinnym opóĽnieniem. Dzięki temu możemy obserwować port roz¶wietlony tysi±cami ¶wiateł i leż±ce ponad nim miasto. Czujemy się jak Krzysztof Kolumb, który z tego miejsca wypływał odkrywać nowe l±dy.

W Tunisie wyl±dowali¶my póĽnym wieczorem. Po dokonaniu wymiany euro na dinary i zatankowaniu taniej ropy (ok. 1,6 zł) oddalili¶my się na bezpieczn± odległo¶ć od siedzib ludzkich w celu znalezienia noclegu. Ostatecznie noc tę (jak i kilka następnych) spędzili¶my w gaju oliwnym. Rankiem nakrył nas gospodarz przejeżdżaj±cy tamtędy traktorem. Musiał być mocno zaskoczony, mimo to pomachał nam przyjaĽnie i odjechał bez słowa.
Tunezja 2006
Dzięki swemu bliskiemu położeniu (na północnym skrawku Afryki) oraz otwartości na turystów, Tunezja jest idealnym miejscem gdzie niewielkim wysiłkiem można zasmakować prawdziwej przygody. Nie trzeba było nas długo namawiać do wzięcia udziału w wyprawie do tego pięknego kraju. Założenie, że przez dwa tygodnie musimy być całkowicie samowystarczalni wymagało solidnych przygotowań - zajęło nam to dwa miesiące. Czy było warto? Obejrzyj zdjęcia i sam odpowiedz sobie na to pytanie. Zapraszam.
18.03.2006r. Geuna, Włochy. Za nami 1300 km odcinek po europejskich autostradach. Chwila odpoczynku w oczekiwaniu na prom, którym popłyniemy do samego Tunisu. Od tego dnia domem dla naszej siedmio-osobowej załogi będą trzy Land Rovery Discovery.
Przeprowadzka czy wyjazd na wczasy? Dziesiątki aut poustawianych ciasno wzdłuż portowego nabrzeża czekało na przybycie promu.
Oto i on! Jeden z największych promów w Europie - Carthage. Pływające miasto, 2300 pasażerów, ok. 600 aut, to wszystko na 11 poziomach. Więcej na jego temat można zobaczyć na stronie armatora.
Po sprawnej odprawie, zaparkowaniu auta i zakwaterowaniu w kajucie, podziwiamy z najwyższego pokładu panoramę miasta. Kolejka aut czekających na załadunek wydaje się nie mieć końca. Poprzez przeszklony rękaw na pokład dostają się niezmotoryzowani pasażerowie.
Auta wszelkich typów i rozmiarów upychane są jak sardynki w puszce na trzech pokładach. Podczas rejsu trwającego całą dobę dostęp do nich jest niemożliwy. Wszystko co potrzebne należy zabrać ze sobą.
Jakimś cudem udało się wszystkich chętnych upchnąć we wnętrzu promu. Rejs rozpoczynamy z 3 godzinnym opóźnieniem. Dzięki temu możemy obserwować port rozświetlony tysiącami świateł i leżące ponad nim miasto. Czujemy się jak Krzysztof Kolumb, który z tego miejsca wypływał odkrywać nowe lądy.
W Tunisie wylądowaliśmy późnym wieczorem. Po dokonaniu wymiany euro na dinary i zatankowaniu taniej ropy (ok. 1,6 zł) oddaliliśmy się na bezpieczną odległość od siedzib ludzkich w celu znalezienia noclegu. Ostatecznie noc tę (jak i kilka następnych) spędziliśmy w gaju oliwnym. Rankiem nakrył nas gospodarz przejeżdżający tamtędy traktorem. Musiał być mocno zaskoczony, mimo to pomachał nam przyjaźnie i odjechał bez słowa.
Podczas zwiedzania ruin starożytnego rzymskiego miasta Dougga, swoje usługi zaproponował nam samozwańczy przewodnik. Zdecydował się mówić do nas po niemiecku. Zrezygnowaliśmy jednak szybko z jego usług, gdy przyznał się, że będzie nas to kosztowało 40 dinarów (1 din = ok. 2,5 zł).
Miasto w czasach swej świetności liczyło ok. 5 tys. mieszkańców. Znajdował się tam m.in. amfiteatr, świątynie, łuk triumfalny, itp.
Rozłożone było na szczycie wzgórza, poniżej którego rozciągały się niezliczone gaje oliwne. Były one niegdyś podstawowym źródłem bogactwa rzymskich najeźdźców. Obecnie oliwki są głównym towarem eksportowym Tunezji.
W pobliskim miasteczku trafiliśmy na targ. Stragany rozłożone po oby stronach głównej ulicy oferowały świeże owoce i warzywa. Po raz pierwszy mogliśmy wypróbować nasze zdolności negocjacyjne.
Wjeżdżając w pobliski masyw, na krętej górskiej drodze, w pobliżu ujęcia wody spotkaliśmy kobietę prowadzącą dwa młode byczki. Była przyjaźnie nastawiona (jak wszyscy) i chętna do "współpracy". Była to pierwsza i ostatnia kobieta z jaką udało się nawiązać jakikolwiek kontakt. Jadąc dalej na południe widywaliśmy je coraz rzadziej.
Ujęcie wody jest popularnym miejscem spotkań okolicznych mieszkańców. Tym razem znaleźli się tam również egzotyczni goście. Na zdjęciu osiołek i ja (osioł to ten na dole).
Promienie zachodzącego za wzgórzami słońca oświetlają rozległą dolinę pod nami. Kryształowo czyste powietrze pozwalało podziwiać okolicę w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Od tego miejsca poruszaliśmy się płaskowyżem o wysokości ok. 800 m.n.p.m.
Wydawałoby się, że rozległe wzgórza nie są najlepszym miejscem do zamieszkania. Jednak dość często spotykaliśmy niskie, prostokątne domostwa z prowizorycznym obejściem (po lewej, w głębi), stadka kóz prowadzone przez pasterzy czy rzucające się w oczy białe meczety cmentarne otoczone luźno rozrzuconymi bielonymi nagrobkami.
Bogactwo rzeźby terenu zaskakiwało nas na każdym kroku. Zatrzymaliśmy się na krawędzi kanionu wyżłobionego w miękkim podłożu przez rzekę widmo. Obfite opady występują tylko w porze deszczowej tj. w listopadzie i w grudniu.
Niewielki płaski obszar został przez lokalne dzieci zaadoptowany na boisko do piłki nożnej.
Po ulicach miasteczek leżących w głębi kraju spacerują prawie wyłącznie mężczyźni. Pełne są ich targi, place i kawiarnie, gdzie panowie przesiadują całymi godzinami. Palą fajki wodne, grają w domino, piją kawę i dyskutują.
Sklepy i warsztaty są otwarte na klientów, dosłownie i w przenośni. Świeżo dostarczona baranina, wisząca nad chodnikiem zachęca przechodniów do zakupów.
Pokonując dziesiątki kilometrów górskimi drogami wizyta u wulkanizatora była nie do uniknięcia. Na szczęście jest ich pod dostatkiem. Mimo skromnego wyposażenia usługa zawsze wykonywana była sprawnie i szybko. A i ceny były do przyjęcia.
Mijając kolejne masywy górskie wytrwale podążamy na południe w kierunku dających wytchnienie oaz, a dalej głównej atrakcji naszej wycieczki - Sahary.
Z radością powitaliśmy egzotyczny dla nas widok palm daktylowych.
Szpaler palm osłania wąską drogę w pierwszej napotkanej oazie - Mides. Obecnie jest atrakcją turystyczną lecz kiedyś była miejscem odpoczynku dla karawan ciągnących z pustyni.
Za kilkanaście dinarów miejscowy hodowca palm pozwolił nam przenocować na swojej plantacji. Głównym jej atutem był betonowy zbiornik wody wydobytej z pomocą spalinowych pomp. Przed snem postanowiliśmy jeszcze zdobyć pobliskie wzgórze. Ze szczytu rozciągał się piękny widok na sąsiednią oazę - Tamerza.
Poranne słońce nie pozwalało długo spać. Nigdy wcześniej nie goliłem się w tak egzotycznej scenerii. Dodatkową satysfakcję dawała świadomość, że w tej chwili w Polsce było ok. 0 stopni.
Stwierdziliśmy, że Tunezja jest jak świat w pigułce - jest tu wszystkiego po trochę. Nie trzeba jechać na drugą półkulę, żeby zobaczyć takie kaniony. Może trochę mniejsze, ale równie piękne jak te w Colorado.
Nie moglibyśmy sobie odmówić przyjemności spaceru dnem tego cudu natury.
Można by powiedzieć, jak taka strużka wody wydrążyła taki wąwóz? Lecz nie chciałbym się tam znaleźć w porze deszczowej.
Idealne miejsce dla geologów. Warstwy skał sprzed milionów lat widoczne jak na dłoni.
Skrystalizowany kwarc - wydobywane spod piasku tzw. "Róże pustyni" znaleźć można w bagażu każdego turysty opuszczającego Tunezje.
Wszelkiego rodzaju minerały i świecidełka (wątpliwego pochodzenia) kusiły na każdym kroku. Mariusz stara się uświadomić amerykańskich turystów co do prawdziwej wartości tych skarbów. Temperatury uznawane przez nas za wysokie były inaczej odbierane przez tubylców, o czym świadczy ubiór sprzedawcy.
Jeszcze kilka podjazdów, zjazdów, przełęczy i już niedługo opuszczamy malownicze górskie pasma.
Teren robi się coraz bardziej płaski i pustynny.
Od teraz ciężko będzie znaleźć cień nad głową. Z ekscytacją witamy ostrzeżenie dla kierowców przed wałęsającymi się dromaderami.
Nie musieliśmy długo czekać, aby się na nie natknąć. Zaskoczyło nas z jakim spokojem i powagą te piękne zwierzęta spacerują po drodze. Bezkresne pastwiska kusiły je wątłą roślinnością.
Ominąwszy otoczone plantacjami palmowymi miasto Tozeur znaleźliśmy się na Wielkim Szocie (Chott El Jerid). Bezkresne, płaskie jak stół dno słonego jeziora budzi zachwyt i grozę. Na szczęście pokaźny zapas wody i paliwa zgromadzony w aucie dawał poczucie bezpieczeństwa.
Artystyczne piruety w tej wypalonej słońcem krainie? Tuż pod cienką, słoną skorupką znajdowała się warstwa lekko wilgotnego mułu, która powodowała, że auto ślizgało się jak na lodzie. Nie muszę chyba dodawać jaką stanowiło to frajdę dla kierującego, szczególnie autem z napędem na cztery koła.
Gdzieś w głębi Wielkiego Szotu naszą uwagę przykuła dziwna, samotna kopułka. Schron to czy sklep? Zagadka wyjaśniła się, gdy podjechaliśmy bliżej. Miłośnicy Gwiezdnych Wojen szybko zorientują się, że to dom rodzinny Luka Skywalker'a. W Tunezji jest 12 miejsc, w których Lucas kręcił zdjęcia do swojego filmu.
Po wielu godzinach jazdy po odludziach ślady obecności podobnych nam podróżników sprawiały dużo radości. Wśród naklejek pozostawionych przez grupy z różnych krajów znaleźliśmy też polskie akcenty. Mariusz nie omieszkał uwiecznić naszej tam obecności stosowną naklejką.
Ledwo dostrzegalne wśród piasków drogi czasami krzyżowały się z innymi. Drogowskaz wskazał nam kierunek do Douz, popularnej miejscowości turystycznej leżącej na skraju Sahary. Po kilkunastu kilometrach od tego miejsca, opuściwszy definitywnie obszar Wielkiego Szotu znaleźliśmy ujęcie wody oraz gęstwinę krzewów. Nie mogliśmy sobie wyobrazić lepszego miejsca na biwak.
Zaciszne i odludne miejsce noclegowe zmieniło się o poranku nie do poznania. Nasze skromne obozowisko zostało oblężone przez pokaźną grupę miejscowych. Przeważały wśród nich krzykliwe i namolne dzieciaki. Halinka z trudem uniknęła stratowania, gdy w przyjaznym geście wyciągnęła pęczek reklamowych długopisów. Narastająca z każdą chwilą uciążliwość gości skłoniła nas wreszcie do ewakuowania się z tego uroczego miejsca. Sytuacja ta nauczyła nas dwóch rzeczy, po pierwsze nie należy obdarowywać miejscowych prezentami, po drugie nawet najbardziej odludne miejsce gdzie znajduje się źródło, jest odludne tylko przez chwile.
Cztery dni spędzone w podskakującym po bezdrożach aucie zostały nagrodzone tak oczekiwanym widokiem. Tuż za miasteczkiem El Faouar otworzyła się przed nami bezkresna Sahara!
Widok takiej piaskownicy chyba w każdym wzbudziłby dziecięcą radość. Był piasek, auta i łopatki. Rozpoczęła się zabawa!
Było tak jak śpiewała Beata Kozidrak: "Tylko piach, suchy piach!". Trzeba było się z nim zaprzyjaźnić. On sam pędzony wiatrem bezlitośnie wdzierał się do oczu, nosa i ust.
Ciągła jazda serpentynami (w celu omijania wydm) oraz brak stałego punktu odniesienia powodował, że trudno było utrzymać pożądany kierunek jazdy. Chyba tylko GPS-owi zawdzięczamy, że nie zostaliśmy tam do dziś.
Wielkim zaskoczeniem było dla nas spotkanie z grupką nastolatków wychodzących nam na spotkanie spomiędzy wydm. Byliśmy pełni podziwu dla ludzi żyjących w takim miejscu.
Po kilku godzinach beznadziejnego zmagania z piaszczystym żywiołem wycofaliśmy się w kierunku cywilizacji. Nie ma jak twardy grunt pod nogami (oponami). Resztę dnia spędziliśmy zwiedzając okolicę.
Piękno surowego krajobrazu oraz ogromna przestrzeń sprzyjały zadumie o zachodzie słońca.
Niewiarygodnie długie cienie powstawały dzięki ostatnim promieniom słońca zachodzącego za Wielkim Szotem. Chroniąc się przed wiatrem za autem, Halinka po raz kolejny przygotowuje pyszną kolację. Przed nami noc na styku słonego jeziora i piaszczystej pustyni.
Douz. Ceny części zamiennych w tym "autoryzowanym" punkcie serwisowym były zaskakująco wysokie. Miasteczko znane jest jako punkt początkowy (lub końcowy) wielu szlaków prowadzących w głąb pustyni.
Centrum Douz, targowisko. Panowie oddają się swojej ulubionej czynności, tzn. bezczynności.
Ekwipunek jaki przywieźliśmy ze sobą powodował, że byliśmy całkowicie niezależni, również kulinarnie. Z drugiej strony czy można powiedzieć, że poznało się obcy kraj nie zaznajomiwszy się z jego kuchnią? Wybór padł na potrawę o nazwie Royal Kus-kus. Nietrudno się domyślić, że jego podstawowym składnikiem była kaszka kus-kus, a poza tym gotowane warzywa i baranina. Duże wrażenie zrobił na nas przemiły, szeroko uśmiechnięty kelner, którego nauczyliśmy mówić siedemnaście. Rozbroił nas, gdy dla lepszego zapamiętania zapisał to sobie na serwetce, fonetycznie, za pomocą tych arabskich wężyków.
Nie ma nic lepszego po obfitym posiłku niż ruch na świeżym powietrzu. Z Douz wyruszamy w głąb pustyni. Podobno ktoś wymyślił napęd na cztery koła, żeby auto nie traciło właściwości jezdnych. Na pustyni ta teoria się nie sprawdza. Mariusz regularnie dbał o to, żebyśmy mogli się opalić i żeby łopata nie zardzewiała.
Przemierzając kolejne kilometry piaszczystym szlakiem, co rusz dostrzegaliśmy pasące się wielbłądy. Jedynie spętane przednie nogi świadczyły, że nie są bezpańskie. Mimo, że chciałoby się spędzić z nimi więcej czasu, trzeba było szybko odjeżdżać. Staraliśmy się unikać spotkań z miłymi lecz namolnymi pasterzami. Mimo, że w pierwszej chwili niewidoczni, z pewnością po chwili pojawiliby się "z nikąd", aby wyłudzić papierosy, wodę lub cokolwiek innego.
Picie kawy ma w Tunezji, jak w każdym kraju arabskim długą tradycję. Wiedząc o tym dobrze, zostaliśmy zaskoczeni widokiem kawiarni oddalonej kilkadziesiąt kilometrów od siedzib ludzkich. Nie omieszkaliśmy skorzystać z takiej okazji.
Oryginalny wystrój wnętrza nie pozostawiał wątpliwości, że znajdujemy się na popularnym szlaku turystycznym. Trudno było na ścianach znaleźć miejsce wolne od naklejek i wizytówek pozostawionych przez obieżyświatów z całego świata. Z sufitu niczym suszące się pranie zwisały pamiątkowe koszulki i proporce ozdobione autografami uczestników wypraw. Ażurowa konstrukcja dachu zapewniała jednocześnie cień i ożywczy powiew. Dzięki zainstalowanym na dach kolektorom słonecznym można było zamówić chłodny napój lub gorącą kawę.
Chcieliśmy, aby nasze dotarcie tutaj również pozostało uwiecznione. Wzbogaciliśmy "suszącą się garderobę" o naszą firmową koszulkę. Dla lepszej identyfikacji każdy dopisał swoje imię i miasto, z którego pochodził.
Piasek...
Piasek...
Piasek... Wydłużające się cienie przypominają, że czas rozejrzeć się za noclegiem. Wcześniej podstawowym kryterium wyboru miejsca była bliskość wody i brak ludzi (choć założenie to samo w sobie jest sprzeczne). Tutaj pierwszy warunek był nierealny z definicji, drugi wydawał się możliwy do spełnienia. Po raz kolejny nie doceniliśmy tubylców. Wystarczyło, że zatrzymaliśmy się na kilka minut, aby naradzić się w sprawie noclegu, a zza wydmy jakby nigdy nic wyszło dwóch panów zaciekawionych naszym widokiem. Nie odwzajemniając ich zainteresowania ruszyliśmy dalej pozostawiając za sobą chmurę pyłu.
Po następnych kilkunastu minutach jazdy teren stał się bardziej falisty. Dawało to nadzieję, na znalezienie zacisznej (i bezludnej!) dolinki. Tak też się stało. Korzystając z wolnych chwil, już po zorganizowaniu obozu, Halina sprawdza osobiście właściwości terenowe Land Rovera. W tym momencie los jej forda został przesądzony.
Przysłowiowa jałowość pustyni jest mocno przesadzona. Dostrzegane przez nas różnorakie formy życia (od prymitywnych traw po wielbłądy i ludzi) były dowodem, że mamy mylne pojęcie na jej temat.
Nie trzeba było dużo czasu, aby uzbierać taką ilość wyschniętych pnączy i korzeni, aby zapłonęło ognisko.
Bogactwo form zaskakuje nie tylko pod nogami, ale i nad głową. Obserwacja bezchmurnego nieba kilkadziesiąt kilometrów od najbliższych siedzib ludzkich pozwala zobaczyć znacznie większy kawałek wszechświata.
Pustynia co rusz zmienia swe oblicze. Stada piaszczystych wydm, pędzone wiatrem znikają czasami za horyzontem. Płaski jak stół horyzont jest czymś nowym dla nas - mieszkańców gór (Beskidów i Sudetów).
Wydmy wędrują wytrwale tylko sobie znanym szlakiem. Rozciągają beztrosko swe cielska w poprzek drogi zmuszając nas do ciągłego wdrapywania się na ich grzbiety.
Napotkana przypadkiem terrorystka El Halina nie była wrogo nastawiona.
Różne tempo jazdy i brak wyraźnego szlaku sprawiał, że często traciliśmy z zasięgu wzroku pozostałe auta. Pląsając między wydmami łatwo stracić orientację. Jedynie precyzyjne odczytywanie wskazań GPS-u i nawoływania przez CB-radio pozwalały nam się z powrotem odnaleźć. Każde takie spotkanie było okazją do wymiany wrażeń.
Długo nie udawało nam się zrozumieć natury piaskowych wydm. Są nieobliczalne i zdradliwe. Czasami zbite, ułatwiały jazdę, innym razem rozstępowały się pod kołami zmuszając nas do interwencji z łopatą w ręku.
Nieudana próba przeskoczenia z jednej wydmy na drugą. Tylna oś zawisła pozbawiona podparcia.
Jedynym ratunkiem było solidne szarpnięcie za pomocą "kinetyka".
Szlak, którym się poruszaliśmy, z Douz do Ksar Ghilene jest dość popularny wśród turystów. Świadczyły o tym świeże ślady pozostawione przez przejeżdżające wcześniej auta.
Chwila spokojnej jazdy. Odcinki pozbawione wydm były wytchnieniem zarówno dla aut jak i dla kierowców.
Oaza Ksar Ghilene. Perła otoczona dziesiątkami kilometrów pustyni. Cień drzew i ciepła woda są prawdziwą nagrodą za trudy podróży. Woda o temperaturze ok. 30 st. zachęcała do długich kąpieli, również nocą. Oczko wodne jest jednocześnie źródłem, z którego za pomocą systemu kanałów woda rozprowadzana jest po całej oazie.
Komfortowe warunki biwakowania skłoniły nas do dłuższego pobytu w tym miejscu.
W oazie znajduje się kilka kampingów. Jeden z nich wyposażony został nawet w basen. My woleliśmy jednak mniej "komercyjne" oczko wodne.
Turyści dowożeni tu z hoteli leżących na wybrzeżu mają okazję zaznać bliższego kontaktu z naturą nocując w takich klimatyzowanych namiotach.
Tymczasem tuż obok, za osłoną z drzew kłębiły się fale wzburzonego morza (piasku).
Każdego ranka na piasku można zobaczyć plątaninę tajemniczych śladów. Ich autorami są małe czarne żuczki (skarabeusze) biegające chaotycznie tam i z powrotem.
Poranna narada przy śniadaniu. W tym miejscu oddzielamy się od reszty wyprawy. Osiągnęliśmy półmetek trasy i pora ruszyć na północ w kierunku Tunisu. Pozostali dysponując jeszcze dwoma tygodniami mogą sobie pozwolić na dalszą jazdę na południe - w głąb pustyni.
Jasna nitka drogi, jakby narysowana od linijki ciągnie się od horyzontu po horyzont. Tak przez kilkadziesiąt kilometrów. Nie mogliśmy odmówić sobie przyjemności pokonania choć fragmentu tej drogi pieszo. Całkowity bezruch, cisza i przygniatająca swym ogromem pusta przestrzeń wokół robią niesamowite wrażenie.
Tuż za górami widocznymi na horyzoncie, według mapy miały się znajdować pierwsze ludzkie osady. Wydawało się, że już za chwilę tam będziemy...
Droga mająca przeprowadzić nas przez masyw nagle urywa się na krawędzi przepaści. Jej dalszy ciąg widnieje w oddali przypominając jasną rysę.
Kilka godzin minęło zanim znaleźliśmy się po drugiej stronie gór. Poszukiwanie właściwej drogi w tym księżycowym krajobrazie umilały nam przepiękne widoki. Widoczne na zdjęciu szczyty oddzielały nas od wioski Guermessa. Same szczyty też okazały się osobliwe. Naszpikowane są wydrążonymi w skale domostwami, stanowiąc warowną starożytną wioskę.
Minąwszy Guermesse, wspinamy się krętą drogą w górę, aby przyjrzeć się ksarom, bo tak nazywane są podziemne domostwa.
Ksary były spichlerzami, w których mieszkańcy przechowywali płody rolne. W razie potrzeby były również schronieniem przed atakującymi wrogimi plemionami. Spełniały wiele funkcji: był wśród nich meczet, tłocznia oliwy, stajenki dla kóz i osłów oraz pomieszczenia mieszkalne.
W drodze do następnych ksarów w okolicach wioski Chenini.
Gdzieś pomiędzy kamienistymi szczytami natknęliśmy się na budowlę wyglądającą jakby była ulepiona z plasteliny. Był to stary, nieczynny meczet otoczony małym cmentarzem i murem obronnym. Mężczyźni będący w środku zobaczywszy nas od razu zaczęli serdecznie zapraszać do środka. Byliśmy tym kompletnie zaskoczeni znając stosunek muzułmanów do "niewiernych".
Kolejnym zaskoczeniem był angielsko-języczny przewodnik, który za opłatą "co łaska" oprowadził nas po wnętrzu meczetu. Pokazał nam miejsca modłów oraz zamurowaną niszę skalną, w której od siedmiuset lat spoczywają ciała mnichów. Mimo miłego przyjęcia, nasza obecność w tym miejscu, a szczególnie "niewiernej" kobiety "niestosownie" ubranej, wydawała mi się pewną profanacją.
Nie lada atrakcją dla nas była możliwość obejrzenia okolicy ze szczytu minaretu. Aby się tam dostać trzeba było pokonać, prawie czołgając się, ciasną, krętą klatkę schodową. Zapewniam, że wieża minaretu była przekrzywiona już wcześniej, przed naszym wejściem.
Minąwszy Tataouine, kierując się w stronę wybrzeża wkraczamy w coraz bardziej cywilizowane regiony. Jadąc groblą usypaną w poprzek słonego jeziora, z zaskoczeniem stwierdziliśmy, że GSP wskazuje w tym miejscu blisko dwa metry poniżej poziomu morza. Znaleźliśmy się w depresji. Ale cóż, po tylu dniach spędzonych w samochodzie, każdemu mogło się zdarzyć.
Z jakiego materiału "usypana" jest plaża wokół słonego jeziora? Oczywiście, że z soli! Sprawdziliśmy to organoleptycznie. Nie zrobiliśmy zapasów, europejskie solniczki nie są przystosowane do soli gruboziarnistej.
Z morzem spotkaliśmy się w miejscowości Zarzis późnym wieczorem. Opóźniła nas wizyta w warsztacie mechanicznym gdzie wraz z miejscowymi fachowcami szukaliśmy przyczyny metalicznych zgrzytów dochodzących z tylnego koła. Wysłuchawszy (kompletnie niezrozumiałej) opinii mechanika postanowiliśmy jechać dalej. Z trudem znaleźliśmy w miarę zaciszne miejsce na nocleg - po raz kolejny w gaju oliwnym. Nie była to noc spokojna z powodu obszczekujących nas psów. Na plaży o poranku spotkaliśmy mężczyznę, który właśnie złowił coś smacznego na śniadanie.
Szeroka, odludna plaża była dobrym miejscem na sporządzenia śniadania i zrobienie gruntownych porządków w aucie. Skupieni na swoich zajęciach nie zauważyliśmy jak z cicha podeszło nas morze unoszone przypływem.
Sprzęt do nurkowania mimo, że zabierał sporo cennego miejsca przejechał z nami szczęśliwie tysiące kilometrów. Grzechem byłoby go nie użyć w takich okolicznościach. Swój debiut w nurkowaniu nie mogę uznać za udany. Szybko znudziło mi się leżenie na brzuchu w wodzie do kolan i rozpaczliwe łapanie oddechu przez cienką rurkę.
Spacer wzdłuż plaży był znacznie bezpieczniejszym i mniej stresującym zajęciem. Jego efektem była uzbierana spora ilość muszli wszelkiego kształtu i koloru, pozostawionych tu przez morze podczas odpływu. Leżąc na kominku obok "róży pustyni" będą świetną pamiątką z wizyty w Tunezji.
Posuwając się wybrzeżem na północ, znaleźliśmy się na znanej turystom "hotelowo-plażowym" wyspie Dżerba. Jej największą osobliwością jest położona w samym jej środku synagoga Ghirba. Jedna z ważniejszych świątyń judaizmu. Korzenie tutejszej społeczności żydowskiej sięgają prawie dwóch tysięcy lat. Teren wokół strzeżony jest przez licznych agentów i doglądany z wież obserwacyjnych. Wejście możliwe jest tylko przez bramki do wykrywania metalu.
Co ciekawe, po zadeklarowaniu, że jesteśmy z Polski, zostaliśmy przez strażników potraktowani ulgowo.
Mężczyźni przy wejściu zaopatrywani są jarmułki, kobiety w chustki do przykrycia ramion. Ze względu na zainteresowania wizyta w tym miejscu była dla mnie wielkim przeżyciem. Długo wsłuchiwaliśmy się w świątobliwą ciszę starając się nie zakłócać spokoju rabinów wytrwale studiujących Torę.
Chcąc opuścić wyspę należy przeprawić się takim oto promem. Mając za sobą przeprawę przez Morze Śródziemne, rejs ten nie zrobił na nas żadnego wrażenia.
Koniec dnia zastał nas w okolicy miasta Medenine. Przed zmrokiem zdążyliśmy jeszcze dojechać do Metameur, gdzie spodziewaliśmy się znaleźć ksary. Szczyt wzgórza pokryty jest starożytnymi, blisko 600-letnimi spichlerzami. Okazało się, że niektóre z nich utrzymane w lepszym stanie, wyposażone są w łóżka stanowiąc pokoje gościnne. Niestety mimo długich negocjacji strażnik bez wyraźnej przyczyny nie pozwolił nam z nich skorzystać. Co więcej nie pozwolił nawet rozbić namiotu na tym osobliwym dziedzińcu. Na szczęście zawsze można liczyć na gościnność gajów oliwnych.
Kolejny dzień, kolejna porcja niezapomnianych widoków. Wjeżdżamy w góry kierując się do Matmaty.
Z wijącej się serpentynami drogi obserwujemy pagórki obnażające swą geologiczną przeszłość. Widoczne jak na dłoni warstwy skał są dla naukowców badających historię tych terenów jak otwarta księga.
Przyklejona do skalistego zbocza Wioska Toujene. Jej mieszkańcy oferują turystom piękne, ręcznie tkane dywany z owczej i wielbłądziej wełny.
Osobliwością Matmaty są domy troglodytów liczące sobie setki lat. Podziemne domostwa wydrążone są w miękkiej skale. Składają się z okrągłych dziedzińców i odchodzących od nich promieniście pomieszczeń mieszkalnych. Niektóre z nich, zniszczone przez korozję przypominają zagłębienia w gruncie, wiele natomiast zamieszkałych jest do dziś.
Kilka z nich zamienionych jest na hotele lub restauracje. Żałowaliśmy, że nie dotarliśmy tu wieczorem. Z pewnością wynajęlibyśmy taki podziemny apartament, tym bardziej, że cena była niewygórowana.
Podziemny hotel Sidi Dris jest obowiązkowym przystankiem na trasie każdego wielbiciela Gwiezdnych Wojen.
Wiele scen sagi kręconych było w jego dzisiejszym barze. To nietypowe miejsce, udekorowane pozostałościami filmowych dekoracji, miało autentycznie nieziemski charakter. Trudno o lepszą reklamę, nie odmówiliśmy sobie przyjemności wypicia tu kawy.
Jakby dla podkreślenia autentyczności tego miejsca, na ścianach wiszą artykuły i fotosy filmowe.
Zanim opuściliśmy krainę troglodytów, postanowiliśmy na chwilę wcielić się w ich rolę. Przekonaliśmy się, że miękki materiał pozwala się łatwo drążyć. Szkoda, że nasz klimat nie pozwala na takie proste rozwiązanie problemu mieszkaniowego.
Podążając wytrwale na północ natknęliśmy się na wytwory ludzi zamieszkujących te tereny współcześnie. Mimo swego rozmachu i zaawansowania nie zrobiły one na nas takiego wrażenia jak te wcześniejsze, prymitywne.
Zachęceni przez przewodnik odwiedziliśmy miasto El Hamma. Skusiły nas mające się tam znajdować gorące źródła pamiętające rzymską okupację. Okazało się, że źródła są, ale w postaci publicznej łaźni, z usług której postanowiliśmy skorzystać. Obsługa męskiej części, wietrząc łatwy zarobek udostępniła mi i Mariuszowi za klika dinarów taki oto gorący basen. Temperatura wody i wysoka wilgotność powietrza pozwoliła nam tylko na kilkanaście minut kąpieli. Halinie, w damskiej części łaźni, udało się odbyć kąpiel w otoczeniu dziesiątek arabskich kobiet. Zazdrościliśmy jej.
Zakąska dla zabicia czasu w oczekiwaniu na załatanie opony w zakładzie wulkanizatora.
W środkowej i północnej części kraju dominują gaje oliwne. Drzewka stoją w równych rzędach na wypielęgnowanych polach ciągnących się kilometrami. Suchy, ciepły klimat bardzo sprzyja tym roślinom. Nadmierna ilość opadów powoduje, że nie rodzą owoców.
Sfax. Jedno z większych miast Tunezji. Naszą uwagę przykuły okazałe mury obronne kryjące ze sobą medynę. W starożytnych miastach była to dzielnica skupiająca wszystkich rzemieślników i handlarzy. Do dziś są tam dziesiątki warsztatów rzemieślniczych stłoczonych w ciasnych uliczkach i bazar, na którym można znaleźć dosłownie wszystko.
Warsztaty produkcyjne i punkty usługowe, składy, kramy i sklepiki... wszystko tętni życiem tak samo jak kilkaset lat temu.
Feria barw i zapachów! Od tego wszystkiego można było dostać zawrotów głowy.
Panowie z zapałem wyczarowują ręcznie różne drewniane akcesoria. Szczęśliwi, nie zdają sobie sprawy, że już niedługo staną się niepotrzebni za sprawą marketów wypełnionych wyrobami Made in China.
Były one zresztą bliżej niż nam się wydawało. Tuż obok, na sąsiedniej uliczce z obuwiem, na następnej z odzieżą, z kosmetykami, itd.
Przemierzając Tunezję głównymi drogami nie raz widywaliśmy takie osobliwe punkty gastronomiczne. Są potwierdzeniem silnej wśród tunezyjczyków tradycji spożywania baraniny - w tym wypadku świeżej baraniny prosto z grilla. Żal było tylko tych nieświadomych niczego owieczek, oczekujących cierpliwie na zjedzenie w towarzystwie na wpół "oskalpowanych" koleżanek.
Oliwki, a właściwie olej z nich wytłaczany, eksportowany stąd do całego cesarstwa rzymskiego był źródłem bogactwa stacjonujących tu rzymian. O ich potędze świadczy amfiteatr na 30 tys. ludzi w mieście El Jem - trzeci co do wielkości w całym cesarstwie. O ilości odwiedzających to miejsce polskich wycieczek świadczą natomiast kierowane w naszą stronę okrzyki sprzedawców pamiątek, typu: dziendobry, herbata, zimne piwo, żywiec, itd.
Na szczególne uznanie zasługiwał kramarz powtarzający nieudolnie: "dobra, dobra, zupa z bobra". Amfiteatr obecnie oprócz maszynki do robienia pieniędzy (bilet 6 dinarów) pełni funkcję sali koncertowej. Można powiedzieć, że wciąż spełnia rolę jaką zaplanowali jego budowniczowie.
Jeśli ktoś widział krzyżacki zamek w Malborku to tu widzi jego tunezyjski odpowiednik. Ribat - czyli muzułmański klasztor obronny mający bronić wybrzeża przed... chrześcijanami.
Nie wyobrażam sobie jak można myśleć o wojaczce mając przed sobą taki obrazek? Widok z wieży obserwacyjnej Ribatu.
Patrząc w drugą stronę widać panoramę miasta Monastir, cmentarz komunalny (na pierwszym planie) oraz mauzoleum Habiba Burgiby (po środku).
Meczet im. Habiba Burgiby.
Jak bardzo Burbiba musiał być zasłużony dla miasta jeżeli wybudowano dla niego i jego rodziny takie mauzoleum? Podpowiem tylko, że był on wieloletnim prezydentem Tunezji. Odpowiedź na powyższe pytanie jest banalna - sam sobie wybudował.
Na dwa dni przed końcem wyprawy nasz "pęd poznawczy" osłabł już na tyle, że pozwoliliśmy sobie na chwilę lenistwa. Mariusz oddawał się pasji nurkowania i fotografowania, a my po raz pierwszy opalaliśmy się "czynnie", tzn. leżąc płasko na plaży (nad głową chłopca po lewej).
Pokonawszy ponad 2000 kilometrów po przeróżnych nawierzchniach nasz dzielny Land Rover był w wyjątkowo dobrej formie. Jeden defekt w postaci urwanego tylnego amortyzatora należy przypisać raczej zbyt dużemu obciążeniu auta i ułańskiej fantazji kierowcy podczas pokonywania wydm na Saharze. Mając na uwadze, że przed nami jeszcze ponad tysiąc kilometrów drogi powrotnej, postanowiliśmy rozwiązać sprawę tajemniczych metalicznych odgłosów dochodzących z koła. Jeden z warsztatów w mieście Sousse wydał nam się na tyle wiarygodny, że zostawiliśmy w nim auto. Fachowcy stwierdziwszy uszkodzone łożysko przystąpili do wymiany. Po kilku godzinach oczekiwania, lżejsi o ponad 100 euro, za to pełni optymizmu ruszyliśmy w dalszą drogę na północ.
Kiedyś ten moment musiał nadejść. Na horyzoncie pojawił się kres naszej podróży. Objawił się w postaci Tunisu rozłożonego po drugiej stronie zatoki. Jeszcze tylko jeden nocleg i do domu... Ale tego dnia czekała na nas jeszcze jedna atrakcja!
Wioska Korbous położona na stromym zboczu opadającym wprost do morza słynie z gorących, leczniczych źródeł. Wokół wielu z nich powstały sanatoria, ale jedno z nich pozostało ogólnodostępne. Wysoko zmineralizowana woda o temperaturze ok. 70 °C spływa po skałach wprost do morza. Kąpiel w tym miejscu dostarczała niezwykłych doznań. Oblewała nas jednocześnie woda zimna (morska) i gorąca (źródlana). Mimo to wytrwaliśmy obserwując z poziomu morza jak słońce chowa się gdzieś za Tunisem.
Ostatnia noc pod afrykańskim niebem. Nie była już tak czarna jak te na pustyni, a niebo zamiast gwiazd rozświetlały światła Tunisu. Przycupnęliśmy z naszym obozowiskiem na półce skalnej z widokiem na morze.
Pamiątkowe zdjęcie całej załogi. Już spakowani, wyruszamy za chwilę do Tunisu, aby tam odnaleźć port promowy, z którego za kilka godzin odpłyniemy do Genui.
Nie było to łatwe, ale znaleźliśmy port. Zjeżdżając z promu byliśmy zbyt podekscytowani, żeby zanotować namiary tego miejsca. Po odprawie celnej i paszportowej dobrowolnie daliśmy się połknąć temu stalowemu potworowi.
Wydaję mi się, że po 14 dniach niewygód mieliśmy prawo na jakiś czas zamienić się w turystów "hotelowo-plażowych"? Nasza przemiana nie trwała długo, po wypłynięciu w morze zimny wiatr zgonił plażowiczów pod pokład. Tak sobie myślę: leżaki, basen, zimne napoje... to przyjemne... ale tylko na chwilę.
Jak przystało na okazały prom, pozostawiał po sobie równie okazały kilwater. To dobrze. Dzięki niemu łatwiej będzie tu wrócić. Po tym co zobaczyliśmy i przeżyliśmy dla każdego z nas było to oczywiste.
Skąd ja znam ten widok? To chyba deja'vu? Genua, port, kolejka do promu... A może by tak przeskoczyć do zdjęcia nr 5 i zacząć wszystko od nowa? ;)
.
r/>

Podczas zwiedzania ruin starożytnego rzymskiego miasta
Dougga, swoje usługi zaproponował nam samozwańczy przewodnik. Zdecydował się mówić do nas po niemiecku. Zrezygnowali¶my jednak szybko z jego usług, gdy przyznał się, że będzie nas to kosztowało 40 dinarów (1 din = ok. 2,5 zł).

Miasto w czasach swej ¶wietno¶ci liczyło ok. 5 tys. mieszkańców. Znajdował się tam m.in. amfiteatr, ¶wi±tynie, łuk triumfalny, itp.

Rozłożone było na szczycie wzgórza, poniżej którego rozci±gały się niezliczone gaje oliwne. Były one niegdy¶ podstawowym Ľródłem bogactwa rzymskich najeĽdĽców. Obecnie oliwki s± głównym towarem eksportowym Tunezji.

W pobliskim miasteczku trafili¶my na targ. Stragany rozłożone po oby stronach głównej ulicy oferowały ¶wieże owoce i warzywa. Po raz pierwszy mogli¶my wypróbować nasze zdolno¶ci negocjacyjne.

Wjeżdżaj±c w pobliski masyw, na krętej górskiej drodze, w pobliżu ujęcia wody spotkali¶my kobietę prowadz±c± dwa młode byczki. Była przyjaĽnie nastawiona (jak wszyscy) i chętna do "współpracy". Była to pierwsza i ostatnia kobieta z jak± udało się nawi±zać jakikolwiek kontakt. Jad±c dalej na południe widywali¶my je coraz rzadziej.

Ujęcie wody jest popularnym miejscem spotkań okolicznych mieszkańców. Tym razem znaleĽli się tam również egzotyczni go¶cie. Na zdjęciu osiołek i ja (osioł to ten na dole).

Promienie zachodz±cego za wzgórzami słońca o¶wietlaj± rozległ± dolinę pod nami. Kryształowo czyste powietrze pozwalało podziwiać okolicę w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Od tego miejsca poruszali¶my się płaskowyżem o wysoko¶ci ok. 800 m.n.p.m.

Wydawałoby się, że rozległe wzgórza nie s± najlepszym miejscem do zamieszkania. Jednak do¶ć często spotykali¶my niskie, prostok±tne domostwa z prowizorycznym obej¶ciem (po lewej, w głębi), stadka kóz prowadzone przez pasterzy czy rzucaj±ce się w oczy białe meczety cmentarne otoczone luĽno rozrzuconymi bielonymi nagrobkami.

Bogactwo rzeĽby terenu zaskakiwało nas na każdym kroku. Zatrzymali¶my się na krawędzi kanionu wyżłobionego w miękkim podłożu przez rzekę widmo. Obfite opady występuj± tylko w porze deszczowej tj. w listopadzie i w grudniu.

Niewielki płaski obszar został przez lokalne dzieci zaadoptowany na boisko do piłki nożnej.

Po ulicach miasteczek leż±cych w głębi kraju spaceruj± prawie wył±cznie mężczyĽni. Pełne s± ich targi, place i kawiarnie, gdzie panowie przesiaduj± całymi godzinami. Pal± fajki wodne, graj± w domino, pij± kawę i dyskutuj±.

Sklepy i warsztaty s± otwarte na klientów, dosłownie i w przeno¶ni. ¦wieżo dostarczona baranina, wisz±ca nad chodnikiem zachęca przechodniów do zakupów.

Pokonuj±c dziesi±tki kilometrów górskimi drogami wizyta u wulkanizatora była nie do uniknięcia. Na szczę¶cie jest ich pod dostatkiem. Mimo skromnego wyposażenia usługa zawsze wykonywana była sprawnie i szybko. A i ceny były do przyjęcia.

Mijaj±c kolejne masywy górskie wytrwale pod±żamy na południe w kierunku daj±cych wytchnienie oaz, a dalej głównej atrakcji naszej wycieczki - Sahary.

Z rado¶ci± powitali¶my egzotyczny dla nas widok palm daktylowych.

Szpaler palm osłania w±sk± drogę w pierwszej napotkanej oazie - Mides. Obecnie jest atrakcj± turystyczn± lecz kiedy¶ była miejscem odpoczynku dla karawan ci±gn±cych z pustyni.

Za kilkana¶cie dinarów miejscowy hodowca palm pozwolił nam przenocować na swojej plantacji. Głównym jej atutem był betonowy zbiornik wody wydobytej z pomoc± spalinowych pomp. Przed snem postanowili¶my jeszcze zdobyć pobliskie wzgórze. Ze szczytu rozci±gał się piękny widok na s±siedni± oazę - Tamerza.

Poranne słońce nie pozwalało długo spać. Nigdy wcze¶niej nie goliłem się w tak egzotycznej scenerii. Dodatkow± satysfakcję dawała ¶wiadomo¶ć, że w tej chwili w Polsce było ok. 0 stopni.

Stwierdzili¶my, że Tunezja jest jak ¶wiat w pigułce - jest tu wszystkiego po trochę. Nie trzeba jechać na drug± półkulę, żeby zobaczyć takie kaniony. Może trochę mniejsze, ale równie piękne jak te w Colorado.

Nie mogliby¶my sobie odmówić przyjemno¶ci spaceru dnem tego cudu natury.

Można by powiedzieć, jak taka strużka wody wydr±żyła taki w±wóz? Lecz nie chciałbym się tam znaleĽć w porze deszczowej.

Idealne miejsce dla geologów. Warstwy skał sprzed milionów lat widoczne jak na dłoni.

Skrystalizowany kwarc - wydobywane spod piasku tzw. "Róże pustyni" znaleĽć można w bagażu każdego turysty opuszczaj±cego Tunezje.

Wszelkiego rodzaju minerały i ¶wiecidełka (w±tpliwego pochodzenia) kusiły na każdym kroku. Mariusz stara się u¶wiadomić amerykańskich turystów co do prawdziwej warto¶ci tych skarbów. Temperatury uznawane przez nas za wysokie były inaczej odbierane przez tubylców, o czym ¶wiadczy ubiór sprzedawcy.

Jeszcze kilka podjazdów, zjazdów, przełęczy i już niedługo opuszczamy malownicze górskie pasma.

Teren robi się coraz bardziej płaski i pustynny.

Od teraz ciężko będzie znaleĽć cień nad głow±. Z ekscytacj± witamy ostrzeżenie dla kierowców przed wałęsaj±cymi się dromaderami.

Nie musieli¶my długo czekać, aby się na nie natkn±ć. Zaskoczyło nas z jakim spokojem i powag± te piękne zwierzęta spaceruj± po drodze. Bezkresne pastwiska kusiły je w±tł± ro¶linno¶ci±.

Omin±wszy otoczone plantacjami palmowymi miasto Tozeur znaleĽli¶my się na Wielkim Szocie (Chott El Jerid). Bezkresne, płaskie jak stół dno słonego jeziora budzi zachwyt i grozę. Na szczę¶cie pokaĽny zapas wody i paliwa zgromadzony w aucie dawał poczucie bezpieczeństwa.

Artystyczne piruety w tej wypalonej słońcem krainie? Tuż pod cienk±, słon± skorupk± znajdowała się warstwa lekko wilgotnego mułu, która powodowała, że auto ¶lizgało się jak na lodzie. Nie muszę chyba dodawać jak± stanowiło to frajdę dla kieruj±cego, szczególnie autem z napędem na cztery koła.

Gdzie¶ w głębi Wielkiego Szotu nasz± uwagę przykuła dziwna, samotna kopułka. Schron to czy sklep? Zagadka wyja¶niła się, gdy podjechali¶my bliżej. Miło¶nicy Gwiezdnych Wojen szybko zorientuj± się, że to dom rodzinny Luka Skywalker'a. W Tunezji jest 12 miejsc, w których Lucas kręcił zdjęcia do swojego filmu.

Po wielu godzinach jazdy po odludziach ¶lady obecno¶ci podobnych nam podróżników sprawiały dużo rado¶ci. W¶ród naklejek pozostawionych przez grupy z różnych krajów znaleĽli¶my też polskie akcenty. Mariusz nie omieszkał uwiecznić naszej tam obecno¶ci stosown± naklejk±.

Ledwo dostrzegalne w¶ród piasków drogi czasami krzyżowały się z innymi. Drogowskaz wskazał nam kierunek do Douz, popularnej miejscowo¶ci turystycznej leż±cej na skraju Sahary. Po kilkunastu kilometrach od tego miejsca, opu¶ciwszy definitywnie obszar Wielkiego Szotu znaleĽli¶my ujęcie wody oraz gęstwinę krzewów. Nie mogli¶my sobie wyobrazić lepszego miejsca na biwak.

Zaciszne i odludne miejsce noclegowe zmieniło się o poranku nie do poznania. Nasze skromne obozowisko zostało oblężone przez pokaĽn± grupę miejscowych. Przeważały w¶ród nich krzykliwe i namolne dzieciaki. Halinka z trudem uniknęła stratowania, gdy w przyjaznym ge¶cie wyci±gnęła pęczek reklamowych długopisów. Narastaj±ca z każd± chwil± uci±żliwo¶ć go¶ci skłoniła nas wreszcie do ewakuowania się z tego uroczego miejsca. Sytuacja ta nauczyła nas dwóch rzeczy, po pierwsze nie należy obdarowywać miejscowych prezentami, po drugie nawet najbardziej odludne miejsce gdzie znajduje się Ľródło, jest odludne tylko przez chwile.

Cztery dni spędzone w podskakuj±cym po bezdrożach aucie zostały nagrodzone tak oczekiwanym widokiem. Tuż za miasteczkiem El Faouar otworzyła się przed nami bezkresna Sahara!

Widok takiej piaskownicy chyba w każdym wzbudziłby dziecięc± rado¶ć. Był piasek, auta i łopatki. Rozpoczęła się zabawa!

Było tak jak ¶piewała Beata Kozidrak: "Tylko piach, suchy piach!". Trzeba było się z nim zaprzyjaĽnić. On sam pędzony wiatrem bezlito¶nie wdzierał się do oczu, nosa i ust.

Ci±gła jazda serpentynami (w celu omijania wydm) oraz brak stałego punktu odniesienia powodował, że trudno było utrzymać poż±dany kierunek jazdy. Chyba tylko GPS-owi zawdzięczamy, że nie zostali¶my tam do dzi¶.
Wielkim zaskoczeniem było dla nas spotkanie z grupk± nastolatków wychodz±cych nam na spotkanie spomiędzy wydm. Byli¶my pełni podziwu dla ludzi żyj±cych w takim miejscu.

Po kilku godzinach beznadziejnego zmagania z piaszczystym żywiołem wycofali¶my się w kierunku cywilizacji. Nie ma jak twardy grunt pod nogami (oponami). Resztę dnia spędzili¶my zwiedzaj±c okolicę.

Piękno surowego krajobrazu oraz ogromna przestrzeń sprzyjały zadumie o zachodzie słońca.

Niewiarygodnie długie cienie powstawały dzięki ostatnim promieniom słońca zachodz±cego za Wielkim Szotem. Chroni±c się przed wiatrem za autem, Halinka po raz kolejny przygotowuje pyszn± kolację. Przed nami noc na styku słonego jeziora i piaszczystej pustyni.

Douz. Ceny czę¶ci zamiennych w tym "autoryzowanym" punkcie serwisowym były zaskakuj±co wysokie. Miasteczko znane jest jako punkt pocz±tkowy (lub końcowy) wielu szlaków prowadz±cych w gł±b pustyni.

Centrum Douz, targowisko. Panowie oddaj± się swojej ulubionej czynno¶ci, tzn. bezczynno¶ci.

Ekwipunek jaki przywieĽli¶my ze sob± powodował, że byli¶my całkowicie niezależni, również kulinarnie. Z drugiej strony czy można powiedzieć, że poznało się obcy kraj nie zaznajomiwszy się z jego kuchni±? Wybór padł na potrawę o nazwie Royal Kus-kus. Nietrudno się domy¶lić, że jego podstawowym składnikiem była kaszka kus-kus, a poza tym gotowane warzywa i baranina. Duże wrażenie zrobił na nas przemiły, szeroko u¶miechnięty kelner, którego nauczyli¶my mówić siedemna¶cie. Rozbroił nas, gdy dla lepszego zapamiętania zapisał to sobie na serwetce, fonetycznie, za pomoc± tych arabskich wężyków.

Nie ma nic lepszego po obfitym posiłku niż ruch na ¶wieżym powietrzu. Z Douz wyruszamy w gł±b pustyni. Podobno kto¶ wymy¶lił napęd na cztery koła, żeby auto nie traciło wła¶ciwo¶ci jezdnych. Na pustyni ta teoria się nie sprawdza. Mariusz regularnie dbał o to, żeby¶my mogli się opalić i żeby łopata nie zardzewiała.

Przemierzaj±c kolejne kilometry piaszczystym szlakiem, co rusz dostrzegali¶my pas±ce się wielbł±dy. Jedynie spętane przednie nogi ¶wiadczyły, że nie s± bezpańskie. Mimo, że chciałoby się spędzić z nimi więcej czasu, trzeba było szybko odjeżdżać. Starali¶my się unikać spotkań z miłymi lecz namolnymi pasterzami. Mimo, że w pierwszej chwili niewidoczni, z pewno¶ci± po chwili pojawiliby się "z nik±d", aby wyłudzić papierosy, wodę lub cokolwiek innego.

Picie kawy ma w Tunezji, jak w każdym kraju arabskim dług± tradycję. Wiedz±c o tym dobrze, zostali¶my zaskoczeni widokiem kawiarni oddalonej kilkadziesi±t kilometrów od siedzib ludzkich. Nie omieszkali¶my skorzystać z takiej okazji.

Oryginalny wystrój wnętrza nie pozostawiał w±tpliwo¶ci, że znajdujemy się na popularnym szlaku turystycznym. Trudno było na ¶cianach znaleĽć miejsce wolne od naklejek i wizytówek pozostawionych przez obieży¶wiatów z całego ¶wiata. Z sufitu niczym susz±ce się pranie zwisały pami±tkowe koszulki i proporce ozdobione autografami uczestników wypraw. Ażurowa konstrukcja dachu zapewniała jednocze¶nie cień i ożywczy powiew. Dzięki zainstalowanym na dach kolektorom słonecznym można było zamówić chłodny napój lub gor±c± kawę.

Chcieli¶my, aby nasze dotarcie tutaj również pozostało uwiecznione. Wzbogacili¶my "susz±c± się garderobę" o nasz± firmow± koszulkę. Dla lepszej identyfikacji każdy dopisał swoje imię i miasto, z którego pochodził.

Piasek...

Piasek...

Piasek... Wydłużaj±ce się cienie przypominaj±, że czas rozejrzeć się za noclegiem. Wcze¶niej podstawowym kryterium wyboru miejsca była blisko¶ć wody i brak ludzi (choć założenie to samo w sobie jest sprzeczne). Tutaj pierwszy warunek był nierealny z definicji, drugi wydawał się możliwy do spełnienia. Po raz kolejny nie docenili¶my tubylców. Wystarczyło, że zatrzymali¶my się na kilka minut, aby naradzić się w sprawie noclegu, a zza wydmy jakby nigdy nic wyszło dwóch panów zaciekawionych naszym widokiem. Nie odwzajemniaj±c ich zainteresowania ruszyli¶my dalej pozostawiaj±c za sob± chmurę pyłu.

Po następnych kilkunastu minutach jazdy teren stał się bardziej falisty. Dawało to nadzieję, na znalezienie zacisznej (i bezludnej!) dolinki. Tak też się stało. Korzystaj±c z wolnych chwil, już po zorganizowaniu obozu, Halina sprawdza osobi¶cie wła¶ciwo¶ci terenowe Land Rovera. W tym momencie los jej forda został przes±dzony.

Przysłowiowa jałowo¶ć pustyni jest mocno przesadzona. Dostrzegane przez nas różnorakie formy życia (od prymitywnych traw po wielbł±dy i ludzi) były dowodem, że mamy mylne pojęcie na jej temat.
Nie trzeba było dużo czasu, aby uzbierać tak± ilo¶ć wyschniętych pn±czy i korzeni, aby zapłonęło ognisko.
Bogactwo form zaskakuje nie tylko pod nogami, ale i nad głow±. Obserwacja bezchmurnego nieba kilkadziesi±t kilometrów od najbliższych siedzib ludzkich pozwala zobaczyć znacznie większy kawałek wszech¶wiata.

Pustynia co rusz zmienia swe oblicze. Stada piaszczystych wydm, pędzone wiatrem znikaj± czasami za horyzontem. Płaski jak stół horyzont jest czym¶ nowym dla nas - mieszkańców gór (Beskidów i Sudetów).

Wydmy wędruj± wytrwale tylko sobie znanym szlakiem. Rozci±gaj± beztrosko swe cielska w poprzek drogi zmuszaj±c nas do ci±głego wdrapywania się na ich grzbiety.

Napotkana przypadkiem terrorystka El Halina nie była wrogo nastawiona.

Różne tempo jazdy i brak wyraĽnego szlaku sprawiał, że często tracili¶my z zasięgu wzroku pozostałe auta. Pl±saj±c między wydmami łatwo stracić orientację. Jedynie precyzyjne odczytywanie wskazań GPS-u i nawoływania przez CB-radio pozwalały nam się z powrotem odnaleĽć. Każde takie spotkanie było okazj± do wymiany wrażeń.

Długo nie udawało nam się zrozumieć natury piaskowych wydm. S± nieobliczalne i zdradliwe. Czasami zbite, ułatwiały jazdę, innym razem rozstępowały się pod kołami zmuszaj±c nas do interwencji z łopat± w ręku.

Nieudana próba przeskoczenia z jednej wydmy na drug±. Tylna o¶ zawisła pozbawiona podparcia.

Jedynym ratunkiem było solidne szarpnięcie za pomoc± "kinetyka".

Szlak, którym się poruszali¶my, z Douz do Ksar Ghilene jest do¶ć popularny w¶ród turystów. ¦wiadczyły o tym ¶wieże ¶lady pozostawione przez przejeżdżaj±ce wcze¶niej auta.

Chwila spokojnej jazdy. Odcinki pozbawione wydm były wytchnieniem zarówno dla aut jak i dla kierowców.

Oaza Ksar Ghilene. Perła otoczona dziesi±tkami kilometrów pustyni. Cień drzew i ciepła woda s± prawdziw± nagrod± za trudy podróży. Woda o temperaturze ok. 30 st. zachęcała do długich k±pieli, również noc±. Oczko wodne jest jednocze¶nie Ľródłem, z którego za pomoc± systemu kanałów woda rozprowadzana jest po całej oazie.

Komfortowe warunki biwakowania skłoniły nas do dłuższego pobytu w tym miejscu.

W oazie znajduje się kilka kampingów. Jeden z nich wyposażony został nawet w basen. My woleli¶my jednak mniej "komercyjne" oczko wodne.

Tury¶ci dowożeni tu z hoteli leż±cych na wybrzeżu maj± okazję zaznać bliższego kontaktu z natur± nocuj±c w takich klimatyzowanych namiotach.

Tymczasem tuż obok, za osłon± z drzew kłębiły się fale wzburzonego morza (piasku).

Każdego ranka na piasku można zobaczyć pl±taninę tajemniczych ¶ladów. Ich autorami s± małe czarne żuczki (skarabeusze) biegaj±ce chaotycznie tam i z powrotem.

Poranna narada przy ¶niadaniu. W tym miejscu oddzielamy się od reszty wyprawy. Osi±gnęli¶my półmetek trasy i pora ruszyć na północ w kierunku Tunisu. Pozostali dysponuj±c jeszcze dwoma tygodniami mog± sobie pozwolić na dalsz± jazdę na południe - w gł±b pustyni.

Jasna nitka drogi, jakby narysowana od linijki ci±gnie się od horyzontu po horyzont. Tak przez kilkadziesi±t kilometrów. Nie mogli¶my odmówić sobie przyjemno¶ci pokonania choć fragmentu tej drogi pieszo. Całkowity bezruch, cisza i przygniataj±ca swym ogromem pusta przestrzeń wokół robi± niesamowite wrażenie.

Tuż za górami widocznymi na horyzoncie, według mapy miały się znajdować pierwsze ludzkie osady. Wydawało się, że już za chwilę tam będziemy...

Droga maj±ca przeprowadzić nas przez masyw nagle urywa się na krawędzi przepa¶ci. Jej dalszy ci±g widnieje w oddali przypominaj±c jasn± rysę.

Kilka godzin minęło zanim znaleĽli¶my się po drugiej stronie gór. Poszukiwanie wła¶ciwej drogi w tym księżycowym krajobrazie umilały nam przepiękne widoki. Widoczne na zdjęciu szczyty oddzielały nas od wioski Guermessa. Same szczyty też okazały się osobliwe. Naszpikowane s± wydr±żonymi w skale domostwami, stanowi±c warown± starożytn± wioskę.

Min±wszy Guermesse, wspinamy się kręt± drog± w górę, aby przyjrzeć się ksarom, bo tak nazywane s± podziemne domostwa.

Ksary były spichlerzami, w których mieszkańcy przechowywali płody rolne. W razie potrzeby były również schronieniem przed atakuj±cymi wrogimi plemionami. Spełniały wiele funkcji: był w¶ród nich meczet, tłocznia oliwy, stajenki dla kóz i osłów oraz pomieszczenia mieszkalne.

W drodze do następnych ksarów w okolicach wioski Chenini.

Gdzie¶ pomiędzy kamienistymi szczytami natknęli¶my się na budowlę wygl±daj±c± jakby była ulepiona z plasteliny. Był to stary, nieczynny meczet otoczony małym cmentarzem i murem obronnym. MężczyĽni będ±cy w ¶rodku zobaczywszy nas od razu zaczęli serdecznie zapraszać do ¶rodka. Byli¶my tym kompletnie zaskoczeni znaj±c stosunek muzułmanów do "niewiernych".

Kolejnym zaskoczeniem był angielsko-języczny przewodnik, który za opłat± "co łaska" oprowadził nas po wnętrzu meczetu. Pokazał nam miejsca modłów oraz zamurowan± niszę skaln±, w której od siedmiuset lat spoczywaj± ciała mnichów. Mimo miłego przyjęcia, nasza obecno¶ć w tym miejscu, a szczególnie "niewiernej" kobiety "niestosownie" ubranej, wydawała mi się pewn± profanacj±.

Nie lada atrakcj± dla nas była możliwo¶ć obejrzenia okolicy ze szczytu minaretu. Aby się tam dostać trzeba było pokonać, prawie czołgaj±c się, ciasn±, kręt± klatkę schodow±. Zapewniam, że wieża minaretu była przekrzywiona już wcze¶niej, przed naszym wej¶ciem.

Min±wszy Tataouine, kieruj±c się w stronę wybrzeża wkraczamy w coraz bardziej cywilizowane regiony. Jad±c grobl± usypan± w poprzek słonego jeziora, z zaskoczeniem stwierdzili¶my, że GSP wskazuje w tym miejscu blisko dwa metry poniżej poziomu morza. ZnaleĽli¶my się w depresji. Ale cóż, po tylu dniach spędzonych w samochodzie, każdemu mogło się zdarzyć.

Z jakiego materiału "usypana" jest plaża wokół słonego jeziora? Oczywi¶cie, że z soli! Sprawdzili¶my to organoleptycznie. Nie zrobili¶my zapasów, europejskie solniczki nie s± przystosowane do soli gruboziarnistej.

Z morzem spotkali¶my się w miejscowo¶ci Zarzis póĽnym wieczorem. OpóĽniła nas wizyta w warsztacie mechanicznym gdzie wraz z miejscowymi fachowcami szukali¶my przyczyny metalicznych zgrzytów dochodz±cych z tylnego koła. Wysłuchawszy (kompletnie niezrozumiałej) opinii mechanika postanowili¶my jechać dalej. Z trudem znaleĽli¶my w miarę zaciszne miejsce na nocleg - po raz kolejny w gaju oliwnym. Nie była to noc spokojna z powodu obszczekuj±cych nas psów. Na plaży o poranku spotkali¶my mężczyznę, który wła¶nie złowił co¶ smacznego na ¶niadanie.

Szeroka, odludna plaża była dobrym miejscem na sporz±dzenia ¶niadania i zrobienie gruntownych porz±dków w aucie. Skupieni na swoich zajęciach nie zauważyli¶my jak z cicha podeszło nas morze unoszone przypływem.

Sprzęt do nurkowania mimo, że zabierał sporo cennego miejsca przejechał z nami szczę¶liwie tysi±ce kilometrów. Grzechem byłoby go nie użyć w takich okoliczno¶ciach. Swój debiut w nurkowaniu nie mogę uznać za udany. Szybko znudziło mi się leżenie na brzuchu w wodzie do kolan i rozpaczliwe łapanie oddechu przez cienk± rurkę.

Spacer wzdłuż plaży był znacznie bezpieczniejszym i mniej stresuj±cym zajęciem. Jego efektem była uzbierana spora ilo¶ć muszli wszelkiego kształtu i koloru, pozostawionych tu przez morze podczas odpływu. Leż±c na kominku obok "róży pustyni" będ± ¶wietn± pami±tk± z wizyty w Tunezji.

Posuwaj±c się wybrzeżem na północ, znaleĽli¶my się na znanej turystom "hotelowo-plażowym" wyspie Dżerba. Jej największ± osobliwo¶ci± jest położona w samym jej ¶rodku synagoga Ghirba. Jedna z ważniejszych ¶wi±tyń judaizmu. Korzenie tutejszej społeczno¶ci żydowskiej sięgaj± prawie dwóch tysięcy lat. Teren wokół strzeżony jest przez licznych agentów i dogl±dany z wież obserwacyjnych. Wej¶cie możliwe jest tylko przez bramki do wykrywania metalu.
Co ciekawe, po zadeklarowaniu, że jeste¶my z Polski, zostali¶my przez strażników potraktowani ulgowo.

MężczyĽni przy wej¶ciu zaopatrywani s± jarmułki, kobiety w chustki do przykrycia ramion. Ze względu na zainteresowania wizyta w tym miejscu była dla mnie wielkim przeżyciem. Długo wsłuchiwali¶my się w ¶wi±tobliw± ciszę staraj±c się nie zakłócać spokoju rabinów wytrwale studiuj±cych Torę.

Chc±c opu¶cić wyspę należy przeprawić się takim oto promem. Maj±c za sob± przeprawę przez Morze ¦ródziemne, rejs ten nie zrobił na nas żadnego wrażenia.

Koniec dnia zastał nas w okolicy miasta Medenine. Przed zmrokiem zd±żyli¶my jeszcze dojechać do Metameur, gdzie spodziewali¶my się znaleĽć ksary. Szczyt wzgórza pokryty jest starożytnymi, blisko 600-letnimi spichlerzami. Okazało się, że niektóre z nich utrzymane w lepszym stanie, wyposażone s± w łóżka stanowi±c pokoje go¶cinne. Niestety mimo długich negocjacji strażnik bez wyraĽnej przyczyny nie pozwolił nam z nich skorzystać. Co więcej nie pozwolił nawet rozbić namiotu na tym osobliwym dziedzińcu. Na szczę¶cie zawsze można liczyć na go¶cinno¶ć gajów oliwnych.

Kolejny dzień, kolejna porcja niezapomnianych widoków. Wjeżdżamy w góry kieruj±c się do Matmaty.

Z wij±cej się serpentynami drogi obserwujemy pagórki obnażaj±ce sw± geologiczn± przeszło¶ć. Widoczne jak na dłoni warstwy skał s± dla naukowców badaj±cych historię tych terenów jak otwarta księga.

Przyklejona do skalistego zbocza Wioska Toujene. Jej mieszkańcy oferuj± turystom piękne, ręcznie tkane dywany z owczej i wielbł±dziej wełny.

Osobliwo¶ci± Matmaty s± domy troglodytów licz±ce sobie setki lat. Podziemne domostwa wydr±żone s± w miękkiej skale. Składaj± się z okr±głych dziedzińców i odchodz±cych od nich promieni¶cie pomieszczeń mieszkalnych. Niektóre z nich, zniszczone przez korozję przypominaj± zagłębienia w gruncie, wiele natomiast zamieszkałych jest do dzi¶.

Kilka z nich zamienionych jest na hotele lub restauracje. Żałowali¶my, że nie dotarli¶my tu wieczorem. Z pewno¶ci± wynajęliby¶my taki podziemny apartament, tym bardziej, że cena była niewygórowana.

Podziemny hotel Sidi Dris jest obowi±zkowym przystankiem na trasie każdego wielbiciela Gwiezdnych Wojen.

Wiele scen sagi kręconych było w jego dzisiejszym barze. To nietypowe miejsce, udekorowane pozostało¶ciami filmowych dekoracji, miało autentycznie nieziemski charakter. Trudno o lepsz± reklamę, nie odmówili¶my sobie przyjemno¶ci wypicia tu kawy.

Jakby dla podkre¶lenia autentyczno¶ci tego miejsca, na ¶cianach wisz± artykuły i fotosy filmowe.

Zanim opu¶cili¶my krainę troglodytów, postanowili¶my na chwilę wcielić się w ich rolę. Przekonali¶my się, że miękki materiał pozwala się łatwo dr±żyć. Szkoda, że nasz klimat nie pozwala na takie proste rozwi±zanie problemu mieszkaniowego.

Pod±żaj±c wytrwale na północ natknęli¶my się na wytwory ludzi zamieszkuj±cych te tereny współcze¶nie. Mimo swego rozmachu i zaawansowania nie zrobiły one na nas takiego wrażenia jak te wcze¶niejsze, prymitywne.

Zachęceni przez przewodnik odwiedzili¶my miasto El Hamma. Skusiły nas maj±ce się tam znajdować gor±ce Ľródła pamiętaj±ce rzymsk± okupację. Okazało się, że Ľródła s±, ale w postaci publicznej łaĽni, z usług której postanowili¶my skorzystać. Obsługa męskiej czę¶ci, wietrz±c łatwy zarobek udostępniła mi i Mariuszowi za klika dinarów taki oto gor±cy basen. Temperatura wody i wysoka wilgotno¶ć powietrza pozwoliła nam tylko na kilkana¶cie minut k±pieli. Halinie, w damskiej czę¶ci łaĽni, udało się odbyć k±piel w otoczeniu dziesi±tek arabskich kobiet. Zazdro¶cili¶my jej.

Zak±ska dla zabicia czasu w oczekiwaniu na załatanie opony w zakładzie wulkanizatora.

W ¶rodkowej i północnej czę¶ci kraju dominuj± gaje oliwne. Drzewka stoj± w równych rzędach na wypielęgnowanych polach ci±gn±cych się kilometrami. Suchy, ciepły klimat bardzo sprzyja tym ro¶linom. Nadmierna ilo¶ć opadów powoduje, że nie rodz± owoców.

Sfax. Jedno z większych miast Tunezji. Nasz± uwagę przykuły okazałe mury obronne kryj±ce ze sob± medynę. W starożytnych miastach była to dzielnica skupiaj±ca wszystkich rzemie¶lników i handlarzy. Do dzi¶ s± tam dziesi±tki warsztatów rzemie¶lniczych stłoczonych w ciasnych uliczkach i bazar, na którym można znaleĽć dosłownie wszystko.

Warsztaty produkcyjne i punkty usługowe, składy, kramy i sklepiki... wszystko tętni życiem tak samo jak kilkaset lat temu.

Feria barw i zapachów! Od tego wszystkiego można było dostać zawrotów głowy.

Panowie z zapałem wyczarowuj± ręcznie różne drewniane akcesoria. Szczę¶liwi, nie zdaj± sobie sprawy, że już niedługo stan± się niepotrzebni za spraw± marketów wypełnionych wyrobami Made in China.

Były one zreszt± bliżej niż nam się wydawało. Tuż obok, na s±siedniej uliczce z obuwiem, na następnej z odzież±, z kosmetykami, itd.

Przemierzaj±c Tunezję głównymi drogami nie raz widywali¶my takie osobliwe punkty gastronomiczne. S± potwierdzeniem silnej w¶ród tunezyjczyków tradycji spożywania baraniny - w tym wypadku ¶wieżej baraniny prosto z grilla. Żal było tylko tych nie¶wiadomych niczego owieczek, oczekuj±cych cierpliwie na zjedzenie w towarzystwie na wpół "oskalpowanych" koleżanek.

Oliwki, a wła¶ciwie olej z nich wytłaczany, eksportowany st±d do całego cesarstwa rzymskiego był Ľródłem bogactwa stacjonuj±cych tu rzymian. O ich potędze ¶wiadczy amfiteatr na 30 tys. ludzi w mie¶cie El Jem - trzeci co do wielko¶ci w całym cesarstwie. O ilo¶ci odwiedzaj±cych to miejsce polskich wycieczek ¶wiadcz± natomiast kierowane w nasz± stronę okrzyki sprzedawców pami±tek, typu: dziendobry, herbata, zimne piwo, żywiec, itd.

Na szczególne uznanie zasługiwał kramarz powtarzaj±cy nieudolnie: "dobra, dobra, zupa z bobra". Amfiteatr obecnie oprócz maszynki do robienia pieniędzy (bilet 6 dinarów) pełni funkcję sali koncertowej. Można powiedzieć, że wci±ż spełnia rolę jak± zaplanowali jego budowniczowie.

Je¶li kto¶ widział krzyżacki zamek w Malborku to tu widzi jego tunezyjski odpowiednik. Ribat - czyli muzułmański klasztor obronny maj±cy bronić wybrzeża przed... chrze¶cijanami.

Nie wyobrażam sobie jak można my¶leć o wojaczce maj±c przed sob± taki obrazek? Widok z wieży obserwacyjnej Ribatu.

Patrz±c w drug± stronę widać panoramę miasta Monastir, cmentarz komunalny (na pierwszym planie) oraz mauzoleum Habiba Burgiby (po ¶rodku).

Meczet im. Habiba Burgiby.

Jak bardzo Burbiba musiał być zasłużony dla miasta jeżeli wybudowano dla niego i jego rodziny takie mauzoleum? Podpowiem tylko, że był on wieloletnim prezydentem Tunezji. OdpowiedĽ na powyższe pytanie jest banalna - sam sobie wybudował.

Na dwa dni przed końcem wyprawy nasz "pęd poznawczy" osłabł już na tyle, że pozwolili¶my sobie na chwilę lenistwa. Mariusz oddawał się pasji nurkowania i fotografowania, a my po raz pierwszy opalali¶my się "czynnie", tzn. leż±c płasko na plaży (nad głow± chłopca po lewej).

Pokonawszy ponad 2000 kilometrów po przeróżnych nawierzchniach nasz dzielny Land Rover był w wyj±tkowo dobrej formie. Jeden defekt w postaci urwanego tylnego amortyzatora należy przypisać raczej zbyt dużemu obci±żeniu auta i ułańskiej fantazji kierowcy podczas pokonywania wydm na Saharze. Maj±c na uwadze, że przed nami jeszcze ponad tysi±c kilometrów drogi powrotnej, postanowili¶my rozwi±zać sprawę tajemniczych metalicznych odgłosów dochodz±cych z koła. Jeden z warsztatów w mie¶cie Sousse wydał nam się na tyle wiarygodny, że zostawili¶my w nim auto. Fachowcy stwierdziwszy uszkodzone łożysko przyst±pili do wymiany. Po kilku godzinach oczekiwania, lżejsi o ponad 100 euro, za to pełni optymizmu ruszyli¶my w dalsz± drogę na północ.

Kiedy¶ ten moment musiał nadej¶ć. Na horyzoncie pojawił się kres naszej podróży. Objawił się w postaci Tunisu rozłożonego po drugiej stronie zatoki. Jeszcze tylko jeden nocleg i do domu... Ale tego dnia czekała na nas jeszcze jedna atrakcja!

Wioska Korbous położona na stromym zboczu opadaj±cym wprost do morza słynie z gor±cych, leczniczych Ľródeł. Wokół wielu z nich powstały sanatoria, ale jedno z nich pozostało ogólnodostępne. Wysoko zmineralizowana woda o temperaturze ok. 70 °C spływa po skałach wprost do morza. K±piel w tym miejscu dostarczała niezwykłych doznań. Oblewała nas jednocze¶nie woda zimna (morska) i gor±ca (Ľródlana). Mimo to wytrwali¶my obserwuj±c z poziomu morza jak słońce chowa się gdzie¶ za Tunisem.

Ostatnia noc pod afrykańskim niebem. Nie była już tak czarna jak te na pustyni, a niebo zamiast gwiazd roz¶wietlały ¶wiatła Tunisu. Przycupnęli¶my z naszym obozowiskiem na półce skalnej z widokiem na morze.

Pami±tkowe zdjęcie całej załogi. Już spakowani, wyruszamy za chwilę do Tunisu, aby tam odnaleĽć port promowy, z którego za kilka godzin odpłyniemy do Genui.

Nie było to łatwe, ale znaleĽli¶my port. Zjeżdżaj±c z promu byli¶my zbyt podekscytowani, żeby zanotować namiary tego miejsca. Po odprawie celnej i paszportowej dobrowolnie dali¶my się połkn±ć temu stalowemu potworowi.

Wydaję mi się, że po 14 dniach niewygód mieli¶my prawo na jaki¶ czas zamienić się w turystów "hotelowo-plażowych"? Nasza przemiana nie trwała długo, po wypłynięciu w morze zimny wiatr zgonił plażowiczów pod pokład. Tak sobie my¶lę: leżaki, basen, zimne napoje... to przyjemne... ale tylko na chwilę.

Jak przystało na okazały prom, pozostawiał po sobie równie okazały kilwater. To dobrze. Dzięki niemu łatwiej będzie tu wrócić. Po tym co zobaczyli¶my i przeżyli¶my dla każdego z nas było to oczywiste.

Sk±d ja znam ten widok? To chyba deja'vu? Genua, port, kolejka do promu... A może by tak przeskoczyć do zdjęcia nr 5 i zacz±ć wszystko od nowa? ;)
.